Tarbert - Machrihanish; Ardrishaig - Kilmichael - 227.43km; 01-08.04.25 cz.2
- Karolina
- 14 kwi 2025
- 5 minut(y) czytania
W piątek rano Adam zaproponował, abyśmy zrobili dwa segmenty w jeden dzień. To była kusząca oferta. Przewyższenia sumarycznie było 830m, ale czułam się dobrze. Byłam wypoczęta. Miałam w sobie energię. Z autobusu wyszliśmy w Tarbert. Ładne miasteczko, gdzie zaczyna się Kintyre Way. Nie mogliśmy sobie odmówić lokalnej kawy i ciacha. To był nasz czas, aby nasiąknąć miejscem. Nacieszyć się nim bez pośpiechu. Zastygnąć na chwilę. Porozpieszczać kubki smakowe i nakarmić duszę widokami oraz atmosferą, którą się wdychało.
Kierując się w stronę szlaku, szybko zaczęliśmy się wspinać w górę. Droga była tak urozmaicona, że nawet nie poczuliśmy pozostałych przewyższeń. Zawsze było na co spojrzeć, czym zająć myśli, pozachwycać się. Przystawaliśmy i podziwialiśmy.



W Skipness trafiliśmy na maleńki sklepik, który nas zauroczył. Weszliśmy do środka. Kupiliśmy małe co nieco. Porozmawialiśmy z właścicielem. Dowiedzieliśmy się, że za kilka kilometrów trafimy na martwego wieloryba. Ruszyliśmy przed siebie.

W Claonaig zaczynał się drugi etap naszej wędrówki. To była przeprawa przez połoniny. Teren pustynno trawiasty. Dookoła nic poza beżowym kolorem. W takiej monotonii nasze morale z każdą kolejną godziną spadały coraz bardziej w dół. Ciągnęło się. Dłużyło się. Nudziło się. Przewyższenia zaczęły męczyć, podstawiać nogi, wysysać skolekcjonowaną wcześniej siłę. Z wdzięcznością przyjmowałam każdy skrawek lasu, jeziora, zażółconych krzaków. Cokolwiek co przełamywało połoniny, było na miarę złota. Szliśmy i szliśmy, i szliśmy... aż doszliśmy.



Na sobotę zaplanowaliśmy odcinek Tayinloan to Carradale. Jego długość to 24.5km. Niedużo. Trudność tkwiła w 729m przewyższenia. Poza tym tu nie mieliśmy połączenia autobusowego i musieliśmy ten szlak rozbić na dwie części. Oznaczało to, że odległość i wysokość zwiększają się razy dwa. Jadąc do Carradale, wiedziałam, że lekko nie będzie, ale nie spodziewałam się, że droga mnie zeżre, pożuje i wypluje jak pestkę. Jedno strome podejście. Chwila oddechu. Drugie długie podejście. Chwila oddechu.


I trzecie podejście, które prowadziło na wzgórze farmy wiatrakowej. W tym podchodzeniu nie było widać końca. Z każdym zakrętem wierzyłam, że dotarłam na miejsce, ale nie. Z każdą górką myślałam, że to ta ostatnia, ale nie. Nogi bolały. Plecy bolały. Ciało prosiło o litość. Moim celem było przejść chociaż 13km, czyli połowę szlaku. Zamknęłam się w sobie. W moim cierpieniu. To tylko zmęczenie - myślałam. Ale patrzenie bezsilności i niemocy prosto w oczy nie należało do prostych zadań. Odarta z emocji, stawiałam kroki do przodu. Technicznie. Automatycznie. Bez wyrazu. Bez pasji. Bez serca. I to chyba raniło najmocniej. To cholerne podejście odebrało mi radość patrzenia, widzenia, czucia. To była moja klęska. Mój strach. Mój lęk, że szlak stanie się moją traumą i pozostałe kilometry projektu przejścia dookoła Wielkiej Brytanii stracą swój smak przygody i zaczepny pazur poznawania i odkrywania. Kintyre Way jest przepiękną podróżą po cudownych miejscach, a ja czułam się wypatroszona z uczuć. Pomimo apatii i wewnętrznej pustki zaczęłam rozglądać się dookoła. Zaczarowane lasy były na wyciągnięcie ręki. Dotykałam szkockiej głębi. Zapach, dźwięk, widoki. To wszystko było wyjątkowe. I tak dowlekłam się na górę. Łzy napływały do oczu. Pozostał powrót. Schodzenie w dół jest łatwiejsze, więc szybko powrócił dobry nastrój, pogoda ducha, entuzjazm i luzik.


Noc nie przyniosła odpoczynku. Budził mnie ból nóg. Rano zmęczona twarz miała podwójny rozmiar. Nie wiedziałam co robić. Czy dam radę ponownie zmierzyć się z wczorajszym szlakiem i jeszcze raz wejść na wzgórze wiatrakowej farmy, tyle tylko, że od drugiej strony? Czy podołam podejściom? Niewiadoma wisiała między pokojem a korytarzem. Patrzyłam przez okno na port. Adam zaproponował kubek kawy. Usiedliśmy. Wypiliśmy. Rozpoczęłam racjonalne rozmowy z samą sobą. Spacerek. Mogę przecież wyjść na spacer. To tylko 13km. Powolutku. Da się. I faktycznie się dało. Bez pośpiechu. Bez szarpania się. Nawet droga współpracowała i pięła się w górę łagodnie.
W sobotę szlak mnie podeptał, odebrał jasność patrzenia na świat... złamał moje ciało, podciął skrzydła. Zabrał mi moje przeżywanie... moje emocje... moją spójność z drogą. Upadłam i myślałam, że się nie podniosę. Ale wstałam i podczas niedzielnej wędrówki obejmowałam świat ramionami. Tuliłam go do siebie. Byłam wdzięczna za jego obecność.



Pozostał ostatni etap szlaku. Carradale do Campbeltown. 32.5km i 748m przewyższenia. Patrzyłam na mapę, na wykresy, na najwyższe punkty. Zastanawiałam się jak to będzie, czy to udźwignę? Kiedy docieram na szlaku do moich granic, włącza się we mnie spokój i opanowanie. Zwalniam. Wyciszam się. Schodzę głębiej do siebie samej. Moje zmysły się wyostrzają. Stają się bardziej wrażliwe.

To był końcowy odcinek. Pożegnalny dzień z Kintyre Way. Już prawie witałam się z moim zwycięstwem. Wychodząc z domu, nie skupiałam się jednak na celu. Oddałam się drodze. Świadomość, że patrzę na miejsca poraz pierwszy i ostatni zarazem nadawały każdemu kilometrowi większej wartości.


Włączył się sentyment do całej tej wyprawy. Kadry z ostatnich dni przewijały się w myślach jak film. Było mi dobrze przez długi czas. Delektowałam się krokiem, przestrzenią i słoneczną pogodą, która tego dnia pozbawiona była silnego wiatru.


Kryzysowo zrobiło się, kiedy zbliżaliśmy się do Carradale. Ostre wspinaczki poszerzały szczeliny nadgryzionej wytrzymałości. Ponownie wkradała się niemoc i bezradność. Złość mieszała się z frustracją. Kiedy usiadłam w aucie, poczułam ulgę. Koniec. Dałam radę. Przyszedł czas, aby odpocząć.


I można było na tym zakończyć nasz wyjazd. Ostatni dzień pobytu w Szkocji wykorzystać na robienie nic. Na leżenie. Na to, aby pachnieć. Na bycie turystą. Nas jednak niosło dalej. Pojechaliśmy do Lochgilphead i w okolicy tego miasta wydreptaliśmy prawie 30km. W jedną stronę Adam wyrysował kółko, w drugą poszliśmy do Ardrishaig, korzystając z chodnika, który był przy ulicy, a wracając, szliśmy wzdłuż Crinan Canal - naszego pierwszego kanału w Szkocji.
Z tego wyjazdu przywiozłam pokorę. Pokorę wobec szlaku, drogi i natury. Za nami jest ponad 4500km. Kondycyjnie stajemy się silniejsi. Jak Adam mi proponuje odcinek o długości 15km to odpowiadam mu, że dla takiego wyjścia to mi się butów nie opłaca zakładać. Przyzwyczailiśmy się, że marsz trzydziestokilometrowy jest w standardzie. Rośniemy. Stroimy piórka. Czasami się puszymy. I potem człowiek stawia krok na takim szlaku jak Kintyre Way i smakuje swoją słabość, swoją maleńkość, swoją kruchość. Widzi, że droga, natura, warunki atmosferyczne mają siłę o niepojętej skali. I trzeba umieć pochylić głowę, odkopać skromność, poprosić świat o pozwolenie na realizację swojej pasji. A potem podziękować, pożegnać się z życzliwością, wziąć doświadczenie ze sobą i nie zapomnieć o nim.
Southend - Machrihanish - 25.29km - 6 godzin i 36 minut - 01.04.25 Wtorek
Southend - Campbeltown - 26.41km - 5 godzin i 45 minut - 02.04.25 Środa
Tayinloan - Clachan - 28.23km - 6 godzin i 19 minut - 03.04.25 Czwartek
Tarbert - Clacham - 35.69km - 8 godzin i 22 minuty - 04.04.25 Piątek
Carradale - Deucheran Hill Wind Farm - 26.21km - 5 godzin i 52 minuty - 05.04.25 Sobota
Tayinloan - Deucheran Hill Wind Farm - 24.29km - 5 godzin i 1 minuta - 06.04.25 Niedziela
Campbeltown - Carradale - 32.20km - 6 godzin i 6 minut - 07.04.25 Poniedziałek
Lochgilphead Crcular przez Kilmichael + Lochgilphead - Ardrishaig - 29.11km - 6 godzin i 5 minut - 08.04.25 Wtorek





Komentarze