top of page

Tarbert - Machrihanish; Ardrishaig - Kilmichael - 227.43km; 01-08.04.25 cz.1

  • Karolina
  • 14 kwi 2025
  • 5 minut(y) czytania

Było pięknie. Było ślicznie. Było magicznie. Pachniało lasem. Szumiało wiatrem. Otulało spokojem. Było też ciężko. Łzy bezsilności iskrzyły się w oczach. Zawroty głowy spowodowane wysiłkiem zaburzały równowagę chodzenia. Mdłości były sygnałem, że ciało jest przemęczone. Wieczorem ból nóg utrudniał zasypianie. Rano w lustrze patrzyłam na swoją opuchniętą twarz. Upadałam. Lizałam rany po nie jednej bitwie. Potem wstawałam i podejmowałam kolejną walkę.


Przejść ponad 200km nie jest już moim wielkim wooow, chociaż taki postęp bardzo mnie cieszy. To, co zrobiło na mnie wrażenie podczas tej wędrówki, co mnie przygniotło i poturbowało to przewyższenia. Wspinaczka w górę nigdy nie była moją mocną stroną. Dlatego wybrałam iść DALEJ a nie WYŻEJ. Tylko że to moje DALEJ nie zawsze jest płaskie, równe i wygodne, a moja wolność wyboru bywa ograniczona. Wtedy ląduję w rzeczywistości, w której muszę się zmierzyć z niewygodą i prywatnymi demonami. Tym razem miały one kształt 4000m sumarycznego przewyższenia. Poważnie wgniotło mnie w ziemię. Przestraszyło. Ciało odmówiło współpracy. Doświadczyłam niemocy. Dotknęłam ciemności. Czułam się, jakbym próbowała zdobyć Everest. Marazm. Błędny wzrok. Niemy krok. Żadnych emocji. Po prostu wlekłam się w ślimaczym tempie na górę. Najbardziej przerażało mnie to, że tracę radość z bycia na szlaku... że stopa za stopą była stawiana technicznie... że trafiłam na ścianę... że walczyłam, zamiast odczuwać przyjemność. Bałam się, że po tych doświadczeniach kolejna wyprawa na szlak dookoła Wielkiej Brytanii będzie zadaniowa... że projekt straci swój wesoły blask i pozostanie tylko automatyczne odliczanie zaliczonych kilometrów. Szczęśliwie tak się nie stało. Kintyre Way mnie nie pokonał. Zadał kilka dotkliwych ciosów, nakopał do tyłka i przypomniał o pokorze, ale nie odebrał pozytywnej wibracji, która mnie wypełnia, kiedy jestem w drodze. Nadal patrzę na świat z dziecięcym zachwytem i z niecierpliwością wypatruję dnia, kiedy będę mogła kontynuować moją wędrówkę wzdłuż wybrzeża UK.


Pojechaliśmy do Campbeltown w Szkocji. Przyglądaliśmy się mapie i wypatrywaliśmy możliwości, aby obejść ten jęzor, być jak najbliżej wody i jednocześnie nie dać się zabić. Wszędzie widzieliśmy A83... ulica wąska, ruchliwa, z rozpędzonymi samochodami, ciężarówkami i autami dowożącymi drzewo do portu. W wielu miejscach brakuje pobocza, którym ewentualnie byśmy mogli się przemycić. Nasza zasada to iść bezpiecznie. Celem nie jest, maszerowanie przy brzegu z centymetrową dokładnością. Logicznym i sensownym rozwiązaniem stał się szlak Kintyre Way, który zaczyna się w Tarbert, a kończy w Machrihanish. Przemieszcza się z jednego brzegu na drugi. Od czasu do czasu znika w lądzie. Może nie była to idealna propozycja dla naszego projektu, ale mogliśmy się na niej oprzeć przez 168km. Takiej ofercie nie mogliśmy odmówić. Poza tym fajnie jest poznawać i odkrywać nowe długodystansowe szlaki.



Przygodę rozpoczęliśmy w Southend. Był piękny, jasny dzień. Nad głowami mieliśmy błękitne niebo. Odczuwalne wiatry dmuchające prosto w twarz, troszkę zaburzały ten sielankowy klimat, ale nie skupialiśmy się na nich. Rozglądaliśmy się dookoła, chłonęliśmy wszystko, co nas otaczało, nasiąkaliśmy nieznanym. Szliśmy spokojną ulicą. Po lewej stronie mieliśmy przestrzeń morską. Wybrzeże było pokryte poszarpanymi skałkami, na których dorosłe i młode foki wygrzewały się w porannym słońcu. Takie obrazki zawsze nas zatrzymują. Staliśmy więc kilka chwil, wpatrywaliśmy się w zwierzaki i wzdychaliśmy raz och raz ach.



Idąc dalej, napotkaliśmy pierwsze tablice informacyjne o Kintyre Way. Zaczęło się - pomyśleliśmy. Z każdym krokiem do przodu rosła nasza ciekawość. Najpierw wiejskie klimaty z zielonymi płatami o ogromnych rozmiarach i unoszącym się w powietrzu spokojem. Tam spotykaliśmy sarny, zające, nowo narodzone owieczki. Wiosna była widoczna na polach, łąkach, pastwiskach i w ogrodach. Świat budził się z zimowego snu. Podglądanie tego momentu zachwycało, wzruszało, wywoływało uśmiech na twarzy.


Krok był lekki. Teren przyjazny. Dookoła pustka. Pojedyncze gospodarstwa wydawały się mieć miniaturkowy rozmiar w zestawieniu ze światem, który był tuż obok. Mijane oznaczenia szlaku nie wyglądały zachęcająco. Nadgryzione czasem, podparte płotem, albo leżące gdzieś na trawie, dawały poczucie, że popularność Kintyre Way chyba nie jest największa i ruch na tej drodze nie jest zbyt częsty.




Zaczęliśmy wspinać się w górę. Wąziutka dróżka. Wysokie trawy. Błota. Podmokłe połoniny. Nierówności. Zatrzymując się, aby złapać oddech i wyrównać bicie serca, próbowaliśmy objąć piękno, które było wokół nas w niekończącej się ilości. Kiedy dotarliśmy do najwyższego punktu i troszkę się wypłaszczyło, krajobraz nabrał jeszcze większego uroku. Ścieżka za to stała się bardziej niewygodna. Wykręcała nogi, obijała kostki, obcierała stopy. Mocowaliśmy się z nią.




Energię odzyskaliśmy w lesie, gdzie było równiej i szerzej. Nie trwało to długo. Szlak wyciągnął nas na klify. Tam spotkaliśmy kozice z małymi, mieliśmy widok na bezkresne morze i regularnie wspinaliśmy się w górę, schodziliśmy w dół, aby po chwili ponownie nabrać wysokość. Niektóre przewyższenia wydawały się nie mieć końca. Sapaliśmy. Wzdychaliśmy. Targaliśmy nasze ciała do góry. Sporo kilometrów czekaliśmy, aby móc wrócić na poziom morza. Tego dnia nasze nogi pokonały 800m przewyższenia. Nie było lekko. Przeszliśmy niewielkie kilometry, a zajęło nam to sporo czasu. W serca wkradło się zwątpienie.




Kolejny dzień wydawał się, że będzie prostszy ze swoim 566m przewyższenia. Autobusem pojechaliśmy w to samo miejsce co dzień wcześniej. Tyle tylko, że szliśmy w drugą stronę. Ponownie morze, dużo zieleni, wiosenna pogoda z dodatkiem mocniejszych wiatrów. Szlak ze swoimi brakami w oznaczeniach wyprowadził nas w miejsca, gdzie zabrakło ścieżek. W pewnym momencie zdecydowaliśmy się zejść na dziko z klifów na piaszczyste plaże. Idąc tuż przy morzu, odpoczywaliśmy i nabieraliśmy energii.



Kiedy wróciliśmy do ulic, rozpoczęło się nasze wchodzenie w górę. Jedno niekończące się podejście. Drugie. Trzecie. Kolejne. Wszystko dookoła było idealne. Obrazki jak na widokówkach. Tylko nogi nie miały siły nosić. Zmęczenie rozkładało na łopatki.




Kiedy obudziłam się następnego dnia, usłyszałam jak gwiżdżą zefirki. Wiatry hulały. Ciało mnie piekło. Nogi bolały. Napuchnięta twarz była nie do poznania. Ze łzami w oczach poinformowałam Adama, że musimy zmienić plany i wyznaczony na dzisiaj etap zastąpić czymś łatwiejszym, abym się zregenerowała. Szczęśliwie Kintyre Way ma odcinek od Clachan do Tayinloan, gdzie przewyższenia jest tylko 146m. Z wdzięcznością przyjęłam tę propozycję. Idąc w jedną stronę, poznawaliśmy drogę, która była momentami wielką zagadką. Mieszanka plaż piaszczystych, kamienistych i A83 wywoływała różne emocje. Nie działo się nic szczególnego. Jedyną atrakcją była napotkana wydra, która beztrosko kąpała się w morzu.





Doszliśmy do Clacham. Liczyliśmy na powrót autobusem. Z nadzieją wpatrywaliśmy się w rozkład jazdy. Nie chcieliśmy wracać po swoich śladach... po kamieniach... po nieprzyjaznej ulicy... po nieciekawych drogach. Ale chcieć i móc nie zawsze idą w parze. Rzeczywistość była taka, że albo czekamy kilka godzin na transport publiczny, albo wykorzystujemy własną siłę i wracamy drogą, którą przyszliśmy. Z rozczarowaniem ruszyliśmy z powrotem. Skupiłam się na kroku. Wyłączyłam myślenie. Celem było dojście do samochodu. Ciało kilometry przyjęło bez problemu. Brak przewyższeń pozwolił na regenerację. Wróciła moc i otwartość na szlak.



Southend - Machrihanish - 25.29km - 6 godzin i 36 minut - 01.04.25 Wtorek


Southend - Campbeltown - 26.41km - 5 godzin i 45 minut - 02.04.25 Środa


Tayinloan - Clachan - 28.23km - 6 godzin i 19 minut - 03.04.25 Czwartek


Tarbert - Clacham - 35.69km - 8 godzin i 22 minuty - 04.04.25 Piątek


Carradale - Deucheran Hill Wind Farm - 26.21km - 5 godzin i 52 minuty - 05.04.25 Sobota


Tayinloan - Deucheran Hill Wind Farm - 24.29km - 5 godzin i 1 minuta - 06.04.25 Niedziela


Campbeltown - Carradale - 32.20km - 6 godzin i 6 minut - 07.04.25 Poniedziałek


Lochgilphead Crcular przez Kilmichael + Lochgilphead - Ardrishaig - 29.11km - 6 godzin i 5 minut - 08.04.25 Wtorek




Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page