top of page

St. Andrews - Montrose; Lossiemouth - Hopeman - 124.58km; 22-27.11.24

  • 2 gru 2024
  • 5 minut(y) czytania

Piątek zaczęliśmy wcześnie. Wychodząc rano z domu, zderzyliśmy się ze ścianą ciemności. Do płuc wkradało się mroźne powietrze. Morze, chociaż było tuż obok nas, bardziej słyszeliśmy, niż widzieliśmy. Tego dnia naszym celem było najpierw dojść do Dundee. Nie mieliśmy pojęcia, jak poprowadzi nas trasa rozrysowana na AllTrails przez Adama? Czy na pewno wszystkie ścieżki będą dostępne? Co z terenem wojskowym? Czy przy ulicach, wzdłuż których przyjdzie nam iść, będą chodniki? Ile morza będzie w tej wędrówce wzdłuż wybrzeża Szkocji?


Radość pojawiła się już tuż za rogiem. Zobaczyliśmy drogowskazy Angus Coastal Path. Uśmiech pojawił się na twarzy. Poczucie bezpieczeństwa wypełniło myśli. Wiedzieliśmy, że zostaniemy poprowadzeni ścieżkami, które będą dopasowane dla pieszych. Mogliśmy wyluzować i cieszyć się przyglądaniem temu, co napotkamy po drodze.


Szliśmy przez miasteczko Carnoustie, pola golfowe, niewielkie lasy. Nad głowami mieliśmy rozgwieżdżone niebo. Do morza wróciliśmy, kiedy słońce budziło się do dnia.




Przechodząc obok Monifieth, zdecydowaliśmy się wejść bardziej w głąb lądu i zobaczyć, jak wygląda Szkocja wśród domów, sklepów i ludzi. Lokalne piekarnie i cukiernie przyciągały do siebie jak magnes. Zrobiło się swojsko... prawie jak w domu. Zapach kawy, pieczonego chleba, drożdżówki. Kubeczki smakowe szalały z radości. Wesoła aura udzieliła się myślom. Chłód wciąż nie odpuszczał. Niska temperatura i odczuwalny wiatr wgryzały się w odkryte części ciała. Nos, policzki, uszy stopniowo się zaczerwieniały. Ale krok nabrał lekkości. Umysł rozglądał się dookoła z ciekawością i chłonął wszystko z wielką uwagą. To był moment, jak znaleźliśmy się w Dundee, które przywitało nas portem, dużym ruchem ulicznym, promenadą i atrakcjami turystycznymi.




Doszliśmy do windy, która służy do wjazdu na Tay Road Bridge i cofnęliśmy się na stację kolejową, aby pociągiem pojechać do Arbroath, skąd pieszo planowaliśmy powrócić do domu.




Tego dnia przemaszerowaliśmy 35km. Ich różnorodność sprawiła, że nie odczuwaliśmy zmęczenia. Wrażenia związane z tym, co nowe i inne unosiły nas ponad fizyczny wysiłek. Wszystko wydawało się być interesujące i ważne.




W sobotę zefirkowe wiatry i soczyste deszcze połączyły swoje siły i weszły w nasze okolice z buciorami. Chcieliśmy być sprytni, wynajdując Lossiemouth, gdzie planowane były opady śniegu. Miejscowość oddalona była od nas o dwie godziny jazdy samochodem. Ten wyjazd wydawał się mieć więcej sensu niż siedzenie w domu, albo wyjście na szlak i moknięcie. W połowie drogi zobaczyliśmy prawdziwą zimę ze śnieżnymi zaspami. Przestrzeń otulona bielą, wyglądała jak z bajki. Napatrzeć się nie mogliśmy. W czasie drogi temperatura nie mogła się zdecydować. Przeskakiwała od +5 do -1. Pomyślałam sobie, że ludzie jeżdżą do słońca, ciesząc się jego ciepłymi promieniami na Teneryfie albo w Maroko, a my wybraliśmy się w drogę ku lodowej krainie. Czy coś tutaj poszło nie tak :-)?


Zaparkowaliśmy auto tuż koło restauracji. Przeczytaliśmy, że ma ona w swojej ofercie 200 rodzai ginu. Wcześniej mijaliśmy muzeum whisky. Tak się ludzie rozgrzewają w tych terenach :-). Nasze pierwsze kroki stawiane na oblodzonych chodnikach były komiczne i karykaturalne. Jak tylko pojawiła się okazja, to zeszłam na plażę.



Wiatr wiał nam w plecy, więc szło się nie najgorzej, chociaż niektóre podmuchy niosły ze sobą wątpliwość, czy nasza decyzja o wyjściu na szlak była tą właściwą? Jaskinie okazały się być zbawiennym schronieniem. To w nich przystawaliśmy we względnej ciszy i delektowaliśmy się gorącą herbatą.



Idąc do niewielkiej miejscowości o nazwie Hopeman, napotkaliśmy szlak Moray Coast Trail. Przyjęliśmy go z wdzięcznością. Oznacza to, że kontynuacja tego odcinka wybrzeża będzie miała swój mianownik, którym będziemy mogli się podeprzeć, kiedy wrócimy w te pustawe cywilizacyjnie regiony.



Droga powrotna to deszcz i jeszcze silniejszy wiatr. Wszystko to było skierowane prosto w twarz. Śnieżna wizja rozpłynęła się w mokrym powietrzu. Szarpało nami. Znosiło nas. Lodowate powiewy przenikały do szpiku kości. Temu wiatrowi można było wykrzyczeć wszystko. On sprowadzał świat do parteru. Moje pochylone ciało parło do przodu. W ustach był smak przetrwania. W sercu siła woli. W umyśle zwyczajna egzystencja. W takich warunkach perspektywa patrzenia i odczuwania się zmienia. Podobało mi się to bycie i doświadczanie potęgi rozbujanej masy wody, rozpędzonego wiatru i uderzających kropel spadających z nieba.




Niedziela była nieco spokojniejsza. Angus Coastal Path poprowadził nas od Arbroath do Montrose. Powietrze było cieplejsze. Wiatr dużo mniejszy, chociaż zachował swój lodowaty chłód.

Morze wciąż się kołysało w burzliwym rytmie. Jego kolor z pogranicza nocy i dnia fascynował.



Jego głębiny i bezkres cieszyły nasze oczy przez dłuższy czas.




Potem droga odciągnęła nas od brzegu i podążaliśmy trasą rowerową nr 1. Mijaliśmy nazwy miejscowości, o których w życiu nie słyszeliśmy. Przechodziliśmy koło wiosek, gospodarstw oraz osad liczących kilka domów. Szkocja to kilometry niezamieszkanych przestrzeni. To duża ilość pustki. To zapach nietkniętej natury. Napotkane czaple, sarny, czerwone wiewiórki, były u siebie. My staliśmy się tylko dodatkiem.

Podczas tej wędrówki nie ominęło nas spotkanie z krowami. Nie jest to już dla nas tak bardzo traumatyczne, jak wcześniej. Szlak Snowdonia Slate Trail pokazał nam, że z krówkami można się dogadać i teraz wchodzimy do nich jak do siebie.

Do domu wróciłam z bólem piszczeli. Adama nogi również nie były w najlepszej formie. Obtarcia, otarcia, pęcherze dawały o sobie znać. A przed nami były jeszcze trzy dni, które mogliśmy wykorzystać na chodzenie.


Noga po nocy nie czuła się dobrze. Ale wydawało się, że chodzenie bardziej jej służy niż leżenie. Za oknem huczało morze. Wiatr rozpędzał się do 50 mil na godzinę. Z pewną nieśmiałością pojechaliśmy do Dundee, aby kontynuować wędrówkę. Szybko okazało się, że poniedziałek nie wiele będzie miał wspólnego z kolekcjonowaniem kilometrów. Po pierwsze piszczel szybko dała się we znaki i o dłuższym chodzeniu nie było mowy. Po drugie most, przez który mieliśmy przejść, został zamknięty dla pieszych z powodu porywistego wiatru.



W życie wprowadziliśmy plan B... czyli na turystę. Połaziliśmy po centrum Dundee i Montrose. A wieczorem spacerowaliśmy po rozświetlonym Carnoustie. Zwiedzaliśmy. Odpoczywaliśmy. Nigdzie się nie spieszyliśmy.


Kolejne dwa dni to pogodowa cisza. Wiatry popędziły dalej w świat. Zza chmur wyszło słońce.



Most został ponownie udostępniony dla rowerzystów i spacerujących. We wtorek doszliśmy do Leuchars. Na tej trasie napotkaliśmy nazwę ulicy z Adama imieniem.



W środę jeszcze przed wyjazdem do domu dotarliśmy do St. Andrews. A tam, idąc ku wybrzeżu, minęliśmy Northpoint Cafe - Where Kate met Wills {for coffee!}.To nadmorskie miasteczko ma swój historyczny urok. Przedeptaliśmy je troszkę, ale koniecznie musimy tu wrócić i bardziej się w nim zasmakować.



Doświadczanie. Podobno robimy to coraz rzadziej. Częściej czytamy, oglądamy i słuchamy. Przyjmujemy zapisane bądź zasłyszane fakty i już tego nie sprawdzamy. Zanika w nas potrzeba dotykania, smakowania, eksperymentowania. Rośnie w nas przekonanie, że już wszystko wiemy. Zatrzymujemy się w miejscu. Wsiąkamy w powtarzalną codzienność. Nie interesuje nas poznawanie i odkrywanie. Wolimy, aby było wygodnie i bezpiecznie.


Ta wyprawa pokazała mi, jak doświadczanie jest ważne... jak potrafi budzić... ile ma w sobie kolorów, zapachów i kształtów... jak wiele jeszcze jest do zobaczenia i nauczenia... ile emocji jest do odczuwania... Siedząc na kanapie w szkockim domku z widokiem na morze, nie znaliśmy odpowiedzi na wiele pytań. Mieliśmy przed sobą białą kartkę. Każdy kolejny dzień z każdym kolejnym krokiem przynosił coś innego. Do domu wróciliśmy z obrazami, bodźcami, przeżyciami, które poszerzyły nasz świat, punkt widzenia, informacje o nas samych.



Mówi się, że motywacja rośnie wraz z postępem. Za nami jest ponad 120km. Zaczynaliśmy mając nic. Zbieraliśmy metr po metrze, od miasta do miasta. W ostatni dzień mogliśmy przyglądać się brzegom, które przeszliśmy.




Satysfakcja. Zadowolenie. Sprawczość. Patrzyłam na to, czego dokonałam i chciałam iść DALEJ.



Carnoustie - Dundee - 23.13km - 4 godziny i 31 minut - 22.11.24 Piątek

Arbroath - Carnoustie - 12km - 2 godziny i 12 minut - 22.11.24 Piątek


Lossiemouth - Hopeman - 23.13km - 4 godziny i 50 minut - 23.11.24 Sobota


Arbroath - Montrose - 30.81km - 6 godzin i 18 minut - 24.11.24 Niedziela


Dundee - Leuchars - 25.06km - 5 godzin i 2 minuty - 26.11.24 Wtorek


Leuchars - St. Andrews - 10.45km - 1 godzina i 56 minut - 27.11.24 Środa

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page