Montrose - Fraserburgh; Kilrenny - St Andrews - 212.37km; 22-28.02.25
- Karolina
- 5 mar 2025
- 3 minut(y) czytania
Wciąż Szkocja. Zatrzymaliśmy się w Aberdeen. Z okna na piątym piętrze mogliśmy wpatrywać się w port. Wschód słońca. Zachód słońca. Wpływające statki. Statki, które wracały na morze. Nawet będąc w domu, mieliśmy wrażenie, że dotykamy wielkiego świata, wielkich przygód i wielkich opowieści. Było nam z tymi nowymi wrażeniami niezwykle dobrze.
Na szlaku byliśmy siedem dni. Piękne i błogie chwile przeplatały się z momentami o gorzkim smaku. Towarzyszyła nam cała paleta emocji. Ociężałe nogi podpierały się o ciekawość, która ciągnęła albo pchała krok do przodu. Były dni, kiedy beztrosko taplaliśmy się w przeuroczych miejscach. Były też takie, kiedy niemoc, niepewność i bezsilność nakładały cień na magię poznawania i odkrywania. Wędrówki długodystansowe rządzą się swoimi prawami. Czasami droga jest po prostu drogą. Kilometr kilometrem. Krajobraz zwyczajnym obrazem jednym z wielu. Zmęczenie wypełnia dzień. Wczoraj miesza się z jutrem. W tym wszystkim serce od czasu do czasu zabije szybciej... w oku zakręci się łza wzruszenia... umysł pożera napotkane wrażenia. Wtedy wiadomo, że człowiek nie zobojętniał... że jeszcze widzi, słyszy i czuje... że dotyka chwili, która zostanie z nim na zawsze.
Są rzeczy, które się na szlaku dookoła Wielkiej Brytanii nie nudzą. Nawet po 4000km one wciąż są ważne, nadal budzą motyle w brzuchu, entuzjazm i dziecięcą radość. Dźwięki, kolory, zapach i hipnotyzująca tajemniczość morza. Długie piaszczyste plaże. Napotkane zwierzęta. Zielone pola, które w oddali łączą się z błękitnym niebem. Latarnie morskie. Pierwsze kroki stawiane w nowym miasteczku. Porty i przystanie. Piekarnie i ich smaki. Dni bez wiatru, kiedy świat łagodnieje i przystaje w miejscu. Wtedy można iść bez końca i donikąd, ciesząc się niebytem i wiecznością. Oddychać głęboko, miarowo, spokojnie.


Są rzeczy, które zaskakują, które widzimy albo doświadczamy po raz pierwszy. Tym razem była to piana morska, która fruwała wysoko nad klifami. Na górze odgrywała rolę babiego lata. Na dole ostrzegano przed jej umiejętnościami konsumowania ludzi. Inną perełką były fragmenty poezji spotkane między polami, trawami a pastwiskami. Zatrzymały. Dotknęły duszy. Słowa wkradły się do głowy i towarzyszą mi do dzisiaj.
"To see a World in a
Grain of Sand
And a Heaven in a wild flower
Hold infinity in the palm of your hand,
And Eternity in an Hour"
William Blake
„Aby zobaczyć świat w
ziarenku piasku
i niebo w dzikim kwiecie
trzymaj nieskończoność w dłoni,
i wieczność w godzinie”
Trafił się też nam polski kierowca prowadzący szkocki autobus. Nie mógł objąć informacji, że tyle można chodzić. Życzył nam wszystkiego dobrego. No i jeszcze murale i szkocka architektura. Wschody i zachody słońca również się nie nudzą. Szczególnie te pierwsze. Człowiek jest świadkiem budzącego się dnia. Fizycznie widzi początek. Białą kartkę, którą można zapisać za każdym razem w inny sposób. W chwili, gdy pierwszy promień słońca przebija się przez nocne chmury, przeszłość i przyszłość tracą na znaczeniu. Ważne staje się TU i TERAZ.


Są rzeczy niewygodne, irytujące, prowadzące do ściany. Je trzeba nauczyć się dzielnie połykać i iść dalej. Żywioły, które tarmoszą, kłują, moczą. Niekończąca się szarość wisząca w powietrzu. Monotonia terenu bezwzględnie karmiąca psychikę marazmem. Zamknięte drogi i ścieżki. Nieidealny transport publiczny. Marsz wzdłuż ruchliwych ulic. Szlaki o rozmiarze koła od roweru, na którym niesposób postawić but, nie mówiąc już o chodzeniu. Zatoki zalane wodą podczas przypływu i odcinające nas od trasy, którą trzeba pokonać.


I ALWAYS GET TO WHERE I'M GOING BY WALKING AWAY FROM WHERE I'VE BEEN. Tak mówi Kubuś Puchatek. I my tak wstawaliśmy każdego ranka, opuszczaliśmy jedno miejsce, aby dojść do tego zaplanowanego. Warunki w tym wszystkim były różne, ale momenty, kiedy docieraliśmy do celu, dawały poczucie zwycięstwa. Postęp stawał się motywacją. Każdy krok się liczył. Każdy był w cenie. Każdy jeden zbliżał nas do przekroczenia długo wyczekiwanych 4 000 kilometrów, przedreptanych na szlaku dookoła UK. Było szczęście. Było zadowolenie. Była sprawczość.


Do domu zwieźliśmy tym razem ponad 200km. Jedne z nich karmiły pozytywną aurą. Inne rozczulały, poruszały nuty sentymentu, chciało się je objąć ramionami i nie wypuszczać. Kolejne emanowały energią, żywiołowością, dynamiką, albo dręczyły, torturowały psychikę i wysysały moc z nóg. Taka mieszanka przeżyć i doświadczeń sprawiła, że nie brakowało ani adrenaliny, ani euforii rozświetlającej życie. Jest co wspominać :-).
Aberdeen - Stonehaven - 33.03km - 6 godzin i 53 minuty- 22.02.25 Sobota
Aberdeen - Newburgh - 26.26km - 5 godzin i 26 minut - 23.02.25 Niedziela
Newburgh - Boddam - 34.70km - 7 godzin i 57 minut - 24.02.25 Poniedziałek
Peterhead - Fraserburgh - 35.34km - 7 godzin i 37 minut - 25.02.25 Wtorek
Gourdon - Stonehaven - 21.50km - 4 godziny i 23 minuty - 26.02.25 Środa
Gourdon - Montrose - 24.04km - 4 godziny i 37 minut - 27.02.25 Czwartek
Peterhead - Boddam - 7.76km - 1 godzina i 23 minuty - 27.02.25 Czwartek
Kilrenny - St Andrews - 29.74km - 6 godzin - 28.02.25 Piątek





























Komentarze