top of page

Llwybr Llechi Eryri: Llan Ffestiniog to Bethesda - Grudzień 2024 - Szlak Ukończony

  • Karolina
  • 7 sty 2025
  • 6 minut(y) czytania

Grudzień 2024 roku w sporej swojej części malował się obrazami uchwyconymi na szlaku Snowdonia Slate Trail. Na początku tego miesiąca wybraliśmy się do Penmachno, aby dokończyć segment dziesiąty. Nie wpasowywaliśmy się w ramy czasowe transportu publicznego. Mieliśmy więc dwie opcje. Pierwsza to iść i wrócić tą samą drogą. Druga to iść, a powrót ulepić z innych dostępnych ścieżek. Zaparkowaliśmy w miejscu, gdzie wioska miała swój początek. Idąc ku szlakowi, przyglądaliśmy się domom i wszystkiemu, co nas otaczało. Próbowaliśmy sobie wyobrazić, jak się żyje pośród ciszy, z dala od zgiełku i wrzawy, mając za oknem widoki na majestatyczne wzgórza? Powoli stawialiśmy krok za krokiem i nagle ku naszemu zaskoczeniu, na jednym z zakrętów trafiliśmy na sklepik, który oferował kawę na wynos.



Nie mogliśmy sobie odmówić, aby go nie odwiedzić. Już nawet nie chodziło o kofeinę, ale o poczucie klimatu, który był w środku. Jeden sklep na całą wioseczkę. Taki z wszystkim i niczym. Nie supermarket obok supermarketu... nie sieciówka obok sieciówki. Po prostu jeden jedyny niewielki sklepik, gdzie można kupić to, co jest niezbędne. Czekając, aż maszyna ogarnie się z przygotowaniem kawy, chłonęliśmy emocje, które doświadczały cofnięcia się w czasie. Radość, uśmiech, uczucie wolności od nadmiaru. W takich nastrojach, z kubkami w dłoniach rozpoczęliśmy naszą wędrówkę. A ta bez gry wstępnej i jakichkolwiek ostrzeżeń poprowadziła nas na wąskie ścieżynki zalane kałużami i zdominowane soczystym błotem. O delektowaniu się kawą trzeba było na chwilę zapomnieć i skupić się, jak przejść te moczary. W ręku kubek, pod butami wyzwanie balansowe. Nogi się rozjeżdżały, krzaki jeżyn czepiały się spodni i owijały się wokół kostek. No, ale dało się. Doszliśmy do drogi asfaltowej. Zrobiło się twardo i sucho pod butami. Zrelaksowaliśmy się. Oddaliśmy się uczcie złożonej z krajobrazów i przestrzeni. Było pięknie. Szarość dnia nakrapiana mżawką nie miała znaczenia. Nie odebrała uroku miejscom, które były dookoła nas.



Po krótkim czasie znaleźliśmy się w punkcie, gdzie w październiku 2024 roku rozpoczynaliśmy szlak Penmachno Trail o długości 18.2km. Pyski nam się uśmiechnęły do wspomnień. Idąc przed siebie, obejmowaliśmy wzrokiem niesamowite tereny. Swobodny i niespieszny krok karmił się spokojem. Wszystko jakby zastygło. Oddało się zadumie. Odpoczywało. Pogoda nie zachwycała. Niebo było zachmurzone i regularnie dzieliło się z nami kroplami deszczu. Ale nam to nie przeszkadzało. Liczyło się powietrze, którym oddychaliśmy. Towarzystwo natury. Wyjątkowa aura Parku Narodowego Snowdonia. Choinkowe lasy, przez które przechodziliśmy, nastroiły mnie świątecznie. Rozpłynęłam się w czymś, co jest niewidzialne gołym okiem, a co wielu ludzi czuje, kiedy zbliża się wigilijny wieczór.



Z drzew wyszliśmy w kamieniołomy. One również miały swój magiczny czar w ten mglisto-dżdżysty dzień. Mijając parking, spotkaliśmy kilka osób, które tak jak my wybrały się połazić. Okazuje się, że faktycznie nie ma czegoś takiego jak zła pogoda. Wystarczy się odpowiednio ubrać i cieszyć się spacerami, iść do miejsc, do których się chce dotrzeć.


Wspinaliśmy się i wspinaliśmy, i wspinaliśmy. Szliśmy w górę i w górę. Jedno z ostatnich podejść wyglądało jak stok narciarski. Było prawie pionowe. Szłam jakby ku niebu. Dołączył do nas poważniejszy deszcz. Zamazał widoczność. Zrobiło się poważnie mokro.



W drodze powrotnej ukryliśmy się na chwilę w jaskini, aby coś zjeść i wypić. Trasę do auta Adam lekko zmodyfikował. Zamiast nierównych i kamienistych dróg mieliśmy asfaltowe ulice. Słońce od czasu do czasu pokazywało się na niebie, ale po chwili deszcz dochodził do głosu.



Było fajnie. Bardzo pozytywnie. Do domu zwiozłam dużą dawkę energii, pogodnych wspomnień i chęci do działania. Przepiękny Park Snowdonia zachwycał pomimo tego, że był ubrany w różne odcienie szarości. Jego naturalne zasoby, dzikie i mało przedeptane ścieżki, wodospady i wodospadziki, gęste, ciemne i omszałe lasy dały niezliczoną ilość przyjemności. Chodząc, odpoczywaliśmy. Po takiej wędrówce człowiek staje się zupełnie inny. Ma w sobie poczucie jedności z naturą, prostotą, prawdą.


Minęło trochę czasu od tej wyprawy. Na szlak ponownie wybraliśmy się w sobotę 21.12.24. Dzień wcześniej sprawdzaliśmy pogodę w Betws y Coed i werdykt był nie na naszą korzyść. No ale weekend i tak nigdzie nie pojechać? Wstaliśmy rano dosyć ociężale. Coś wiało, coś padało. Generalnie nie zachęcało do wyjścia z domu. Tylko poddać się tak już na starcie, bez podjęcia próby wyjścia na szlak to nie w naszym stylu. Ostatecznie zawsze można się wycofać i wrócić do domu. Dojechaliśmy na parking w Betws y Coed. Nikogo nie było. Tylko my. I ponura szarość oraz gęste, czarne chmury. Nagle niebo pękło i deszcz całą swoją mocą zwalił się na dach samochodu. Siedzieliśmy w ciszy. Wpatrywaliśmy się w ścianę. Nie ruszaliśmy się. W powietrzu zawisło pytanie, czy wracamy do domu? Tak po prostu. Tak bez wystawiania nosa w ten nieprzyjazny i zapłakany świat. Tak bez stawiania kroku na drodze i kontynuowania naszej przygody Snowdonia Slate Trail. Hm... przecież to tylko deszcz i jakieś 18km do przejścia. Zaczęłam ubierać spodnie przeciwdeszczowe. Śmiałam się z nas głośno. Niby tacy odważni. Niby już kilka lat na szlaku. Niby z jakimś tam doświadczeniem pogodowym. A tu taki dylemat. Iść czy nie iść? Zebraliśmy w sobie śmiałość i zuchwałość albo naiwność zmieszaną z nadzieją, i wygramoliliśmy się z samochodu. Pierwsze chwile nie były przyjemne. Kiedy zaczęliśmy się przyzwyczajać do mokrej i zimnej rzeczywistości, deszcz odpuścił. Odszedł i nie wrócił. Przynajmniej nie w takiej silnej dawce. Mogliśmy cieszyć się drogą, szumem spienionych wodospadów, zapachem tajemniczych lasów i skąpanej w kroplach deszczu ziemi.





Kiedy tak już sobie wracaliśmy, dumni i zadowoleni z siebie, podzieliłam się z Adamem moją niemoralną propozycją. A co, gdbyśmy jeszcze przed Wigilią zakończyli ten szlak i weszli w nowy rok z czystą kartką, bez zaległości projektowych? Zostały nam jeszcze dwa dni, dwa segmenty i paskudne warunki pogodowe, gdzie to wiatr miał się rozpędzać nawet do 50 mil na godzinę. Była jeszcze kwestia transportu publicznego. Czy w ogóle był? Jeśli tak, to w jakich godzinach jeździły autobusy? No i czy chcemy się dopasować do rozkładu jazdy?


Adam propozycji nie odrzucił. W domu przygotował od strony technicznej odcinek dwunasty. Dźwięki nocy z soboty na niedzielę przypominały armagedon połączony z końcem świata. Grad walił w okna. Zefirki tak szalały, że Adam przyglądał się oknom, czy nie wypadają. Wstaliśmy rano i zwątpiliśmy w realizację planu ukończenia szlaku. Zrobiłam kawę. Wróciliśmy do ciepłej kołderki. Słuchaliśmy, jak deszcz puka w okna, jak wiatr tańcząc, stuka obcasami. Dzień wynurzał się spod osłony nocy. Zaczęło się rozjaśniać. Wiedziałam, że jak nie pojedziemy na trasę, to będziemy żałować. Nieśmiało się ubraliśmy i ruszyliśmy ponownie do Betws y Coed. Tam wciąż padało. Siedzieliśmy w aucie. Czekaliśmy. Do autobusu mieliśmy jeszcze trochę czasu. W kcńcu musieliśmy opuścić suche miejsce. Z pochyloną głową szłam na przystanek. Znowu czekanie. Tym razem takie zimne i mokre. Ku mojemu zaskoczeniu sporo ludzie spacerowało po uliczkach. Hotelowi goście wyszli, aby rozprostować nogi. Autobus przyjechał. Zawiózł nas do Capel Curig. Pierwsze kroki były w górę. Zawiało ostro. Podmuchy ściągały nas z drogi. Idąc przed siebie, czułam, jak walczę z żywiołem. Jeden krok... drugi... kolejny. Odpuściłam. Przestałam się spinać. Przyjęłam siłę wiatru. Zaczęłam doświadczać. Odwróciłam się, aby popatrzeć na świat z góry i zobaczyłam ośnieżone szczyty wzgórz. Jeden z nich był szczególny, wyjątkowy. Everest - pomyślałam. Przepiękny widok. Niezwykła gra świateł. Granatowe niebo, promienie słoneczne przebijające się przez szczeliny chmur i ten jasny śnieg na czubkach gór. I to wszystko tuż przed świętami. I już nie było ważne błoto, kałuże, niska temperatura, zalane oczy deszczem, przenikający do kręgosłupa wiatr. Były fenomenalne widoki. Była nieobejmowalna przestrzeń. Było piękno i moc w czystej postaci. Była maleńkość człowiecza. Była niepowtarzalność chwili. Do domu powróciliśmy upierdzieleni błotem, z przygodami w plecaku, z poczuciem zwycięstwa w sercu i radością na twarzy. Przesunęliśmy granicę. Od zwątpienia i niepewności przeszliśmy do działania i sprawczości. Został tylko jeszcze jeden segment.





W poniedziałek pojechaliśmy do Bethesda. Autobusem dostaliśmy się do Capel Curig. W wystawie sklepowej z obuwiem, ciuchami i sprzętem do aktywności w terenie, zobaczyłam buty SCARPA, a przy nich napis "No Place Too Far". Pomyślałam o szlakach długodystansowych, które przeszliśmy przy użyciu własnych nóg... o naszym projekcie przejścia dookoła Wielkiej Brytanii, i o świecie, który ma w sobie miliony niezwykłych dróg i miejsc, które warto zobaczyć. Żadne miejsce nie jest zbyt odległe, aby do niego dotrzeć, jeśli tylko tego chcemy. Trzeba wybrać cel, podzielić dystans na odpowiednie części, i konsekwentnie iść przed siebie, nawet jeśli wieje, leje, błoto próbuje zassać, kałuża zatopić, zimno usztywnić.


WSZYSCY ŻYJEMY W KLATKACH Z DRZWIAMI SZEROKO OTWARTYMI. To zdanie należy do Georga Lucasa. Podoba mi się. Daje świadomość możliwości otwierania niezliczonej ilości różnorodnych furtek. Trzeba tylko uwierzyć, że sukces nie jest wyłącznie dla gigantów... że jesteśmy wystarczający, aby sięgać po swoje marzenia... że mamy w sobie odwagę, aby zrobić to, czego pragniemy, i stać się kimś, kim zawsze się chciało być.


Z takimi myślami ruszyłam przed siebie. Podziwiałam spóźniony wschód słońca, które niestety szybko powróciło za chmury i pozostała nijakość kolorystyczna oraz gęsta mżawka.



Szliśmy w kierunku Ogwen. Wędrowaliśmy doliną górską. Był to niewymagający spacer po nieskomplikowanej drodze. Dookoła mieliśmy wzgórza, górki, surowe skały. Ponownie odczuwaliśmy mrówczy rozmiar samych siebie. Wdychaliśmy siłę potęgi i majestatu. Nasiąkaliśmy niezwykłym, niepowtarzalnym, wyjątkowym, unikatowym.





Po dobrych 17km dotarliśmy do końca. Przeszliśmy trzynasty segment. Ukończyliśmy projekt Llwybr Llechi Eryri. Postawiliśmy kropkę. Zamknęliśmy otworzony nawias. Spełnienie i uczucie osiągnięcia przyjemnie się rozlewało po umyśle. Opcja ustanowienia kolejnego początku łaskotała podniebienie. Mieszało się to ze smakiem pożegnania, które zawsze ma w sobie nostalgiczny smutek.


To była cudowna podróż. Tulę ją mocno do siebie. Zostawiam pod powiekami. Nie zapomnę. Polecam.



Llwybr Llechi Eryri Section 10: Llan Ffestiniog to Penmachno - cz.2 - 01.12.24 Niedziela


Llwybr Llechi Eryri Section 11: Penmachno to Betws y Coed - 8.7km - 203m Elevation gain - 21.12.24 Sobota


Llwybr Llechi Eryri Section 12: Betws y Coed to Capel Curig - 9.5km - 438m Elevation gain - 22.12.24 Niedziela


Llwybr Llechi Eryri Section 13: Capel Curig to Bethesda - 17.4km - 490m Elevation gain - 23.12.24 Poniedziałek












Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page