Hastings - Sittingbourne - 222.02km - 46 godzin i 14 minut; 21-28.04.25
- Karolina
- 2 maj 2025
- 4 minut(y) czytania
Wyciągnęliśmy siebie na południe Anglii. Nie byliśmy przekonani co do tej decyzji. Nie wiedzieliśmy, czy nam się tam spodoba. Ostatnie tygodnie spędzone w Szkocji mocno zmieniły nasze patrzenie na szlak. Polubiliśmy tereny odludne. Miejsca zaciszne. Przestrzenie osamotnione. Tam świat mieliśmy tylko dla siebie. Tam po prostu byliśmy. Tam stawaliśmy się częścią natury. A tym razem mieliśmy zasmakować życia w dużych miastach, w ścieżkach, którymi trzeba się dzielić z turystami, spacerującymi rodzinami, właścicielami psów, rowerzystami. Ciszę mieliśmy zamienić na dźwięki muzyki, które wypływają z barów i restauracji. Spokój na ruchliwe ulice. Morskie, dzikie powietrze na zapachy kulinarne z całego globu. Pytanie brzmiało: czy się w tym odnajdziemy?
Ramsgate stał się naszym domem na kilka dni. Miasto to mogłoby odgrywać główną rolę w filmie o Nowym Orleanie. Architektura, której wcześniej nie widzieliśmy, domy z balkonami, wąskie uliczki, tajemnicze przejścia, dawały nam poczucie bycia poza granicami Wielkiej Brytanii. No, jak nie Anglia. Do tego porty, promenady, morze, plaże i powrót do drogowskazów England Coast Path. Szybko zrobiło się swojsko, przyjaźnie, radośnie. Ogromna zmiana w stosunku do tego, czym żyliśmy w Szkocji. Ale ta inność była pozytywna, roztańczona, wibrująca. Budziła ciekawość i apetyt na nowe. Głowy ponownie kręciły się w każdą stronę. Oczy zachłannie kolekcjonowały obrazy. Krok zwalniał. Myśli procesowały. Wrażenia przeskakiwały z miejsca na miejsce.

Działo się każdego dnia. Nasza wyprawa stawała się zlepkiem różnorodnych fragmentów, detali, ulotnych chwil. Zawsze było na czym oko zawiesić. Zawsze można było się czymś zachwycić. Zawsze trafiało się coś, co wywoływało refleksję, co pozwalało głębiej zajrzeć w siebie.

Bywając w miastach, mijając miasteczka, wpatrywaliśmy się w obce nam budownictwo, wille, pałacyki, zamki, zameczki, imponujące posiadłości i rezydencje. Na wybrzeżu cieszyliśmy oko łodziami, przystaniami, kolorowym światem turystyki. Rzeki zaskoczyły nas obecnością fok, które właśnie płynęły do morza. Klify urzekały przestrzenią, krajobrazami, możliwością popatrzenia na wszystko z góry. Parki w wiosennej wersji wypełnione były zapachami, kolorami, dźwiękami. Tam mieliśmy interesujące spotkanie z lisami. Trafiła się też papuga, która przysiadła sobie na drzewie. No i ślimak, który wytrwale robił swój coast to coast, idąc z jednego brzegu chodnika na drugi. Pogoda i żywioły również urozmaicały nam wędrówkę. Bywało mgliście, wietrznie, szaro, a potem słonecznie, jasno, błękitnie. Jednego dnia cały szlak przemaszerowaliśmy w deszczu. Drugiego wygrzewaliśmy się w ciepłych promieniach. Morze potrafiło przystanąć w miejscu. Innym razem jego głębiny falowały i głośno uderzały o brzeg lądu. Wały i marsze były tym razem wytchnieniem, idealnym przecinkiem pomiędzy drogami z rozpędzonymi ciężarówkami. Czarne domy, schody z cytatami, wikingowy szlak. To wszystko sprawiało, że cieszyliśmy się każdym krokiem, że żal było tak po prostu spakować walizki i wracać do domu.



Życie w rozkroku nie należy do łatwych. Od kilku miesięcy jeden tydzień spędzamy z pracą, domem, zwyczajną codziennością, drugi z projektem Wędrówki dookoła Wielkiej Brytanii. Są dni, kiedy dotykamy wolności i przestrzeni... kiedy idziemy dalej... kiedy poznajemy i odkrywamy. Potem zamykamy się na jakiś czas w czterech ścianach biura i ścigamy się z biegnącym na oślep życiem, które krzyczy coraz głośniej i wymaga coraz więcej. W takiej łatanej rzeczywistości rodzi się pytanie: które życie jest prawdziwe, które bardziej jest nasze, o które warto powalczyć?

Kiedy byliśmy w Dover i wspinaliśmy się na białe klify, doświadczaliśmy nie tylko fizycznej wędrówki, ale również podróży w czasie. Patrzyliśmy na miasto, port i wielkie statki załadowane samochodami i ciężarówkami, a nasze telefony i zegarki zaczęły się gubić w czasoprzestrzeni. Zmieniały czas o godzinę to w jedną, to w drugą stronę. W jednym momencie byliśmy w Anglii, po chwili znajdowaliśmy się we Francji, i po jakimś czasie wracaliśmy do UK. Kilka razy tak sobie spacerowaliśmy między francuskim a angielskim wybrzeżem. W którymś momencie straciłam orientację, która autentycznie jest godzina :-).

Dover to też moja osobista podróż między przeszłością a teraźniejszością. Byłam w tym mieście nie jeden raz, aby przepłynąć na drugi brzeg i ruszyć w świat. Zawsze zadzierałam wysoko głowę i z podziwem wpatrywałam się w arystokratyczne białe klify. Ale nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, że znajdę się w tym miejscu po to, aby nie tylko na skały popatrzeć, ale również po to, aby na nie wejść, bo są one częścią projektu przejścia dookoła wyspy. Pokazało mi to, jak mało wiemy o swojej przyszłości... jak wielką jest ona zagadką... jak dużo jest możliwe... jak wyobraźnia może być za mała, za wąska w stosunku do tego, co nas czeka na drodze życia. Pomyślałam sobie, że kiedy zdarza nam się utknąć w punkcie i wydaje nam się, że już nic się nie wydarzy, to nie jest to prawda. Warto poczekać, przeczekać, przystanąć... nabrać w dłonie siły, odwagi, fantazji... ruszyć w nowym kierunku... dać się życiu zaskoczyć.

Dover to jeszcze zdanie wystawione w oknie wystawowym: HAPPINESS IS NOT A DESTINATION IT IS A WAY OF LIFE. A człowiek wciąż tego szczęścia szuka... próbuje je znaleźć... albo zbudować, ulepić, złożyć... przygotowuje się na jego przyjście... wypatruje w oddali... czeka na nie. Nie zauważamy, że szczęście dotykamy każdego dnia. Mamy je w kromce chleba... w kropli deszczu... w uśmiechu dziecka... w zapachu zielonej herbaty... w samodzielnie postawionym kroku... w dotyku dłoni.

Kropką nad "i" jest Folkestone i jego nowe propozycje szlakowych wędrówek. WALKING COAST TO COAST, COAST TO RIVER, RIVER TO COAST, RIVER TO RIVER. Myślałam, że mój napotkany w Szkocji szlak Morza północnego jest tym wooow, do które serce szybciej bije. Ale propozycje napotkane w Folkestone przerosły moją wyobraźnię i przesunęły granice marzeń. Cudownie jest spotkać takie smaczki, które poszerzają perspektywę patrzenia, które napędzają, które inspirują, które popychają człowieka w świat, które pokazują możliwości, o których się nie śniło.

I jak tu nie chodzić... jak tu nie wyjść z domu... jak tu nie iść przed siebie... jak nie kroczyć DALEJ, kiedy świat mówi, otula, uczy, dzieli się sobą. A WALKED LINE UNLIKE A DRAWN LINE CAN NEVER BE ERASED. I w tym jest MOC, którą zwożę do domu w plecaku... I w tym jest radość, którą karmię czas oczekiwania, aby ponownie znaleźć się w drodze.
Ramsgate - Herne Bay - 37.16km - 8 godzin - 21.04.25 Poniedziałek
Dover - Ramsgate - 37.74km - 8 godzin i 16 minut - 22.04.25 Wtorek
Folkestone - Dymchurch - 18.71km - 3 godziny i 35 minut - 23.04.25 Środa
New Romney - Rye - 35.01km - 6 godzin i 52 minuty - 24.04.25 Czwartek
Herne Bay - Faversham - 25.21km - 4 godziny i 54 minuty - 25.04.25 Piątek
Dymchurch - New Romney - 5. 26km - 54 minuty - 25.04.25 Piątek
Rye - Hastings - 24.84km - 5 godziny i 6 minut - 26.04.25 Sobota
Faversham - Sittingbourne - 23km - 4 godziny i 37 minut - 27.04.25 Niedziela
Dover - Folkenstone - 15.09km - 3 godziny i 30 minut - 28.04.25 Poniedziałek

















Komentarze