top of page

Forres - Tain - 130.22km - 25 godzin i 50 minut; 25-29.01.25 część 2

  • Karolina
  • 13 lut 2025
  • 3 minut(y) czytania

W poniedziałek wstaliśmy przed 6 00 rano. Zaplanowaliśmy sobie, że pojedziemy do Tain. Tam wsiądziemy do autobusu i damy się wywieźć do Evanton, skąd wrócimy pieszo do samochodu. Staliśmy na przystanku koło Home Bargins. Nie było rozkładu jazdy, więc ciężko było określić, czy jesteśmy we właściwym miejscu. Było ciemno. Temperatura w minusie. Staliśmy. Staliśmy. Staliśmy. Zobaczyliśmy jeden autobus z naszym numerem, potem drugi. Tyle tylko, że żaden z nich nie skręcił w naszą stronę. Z niedowierzaniem patrzyliśmy, jak się od nas oddalają. Załamka była naszą pierwszą reakcją. Drugi odruch to szybka zmiana planów i jeszcze szybszy marsz na inny przystanek, skąd autobus mógł nas zabrać do Alness. Udało się dobiec na miejsce w ostatniej sekundzie.


Kiedy dotarliśmy do nowego początku, nasze morale były lekko przydeptane, a nastroje nieco zaniżone. Pierwsze kroki zrobiliśmy w kierunku piekarni Harry Gow Bakery. Ciacho było pyszne, ale kawa za mocna, jak dla nas. Dzień nie chciał zacząć się dobrze. Nie było z czego ukulać dobrych wibracji. Do tego otaczała nas szarość, a mżawka przeistoczyła się w deszcz. Pomimo niesprzyjającej aury, wojownicze nutki grały w duszy. Może nie wszystko poszło zgodnie z założonym planem, ale przecież była droga, kawałki nowego świata, i wolność kroku. Wierzyliśmy nawet, że na koniec dorobimy brakujący odcinek od Alness do Evanton i będziemy mieli ciągłość. Szliśmy ulicami. Wpatrywaliśmy się w polne przestrzenie. Oddaliśmy się drodze. Przez moment pojawiła się nadzieja na poprawę pogody, ale to było tylko złudzenie. Przyszła kolejna fala deszczu. Bardziej soczysta i dotkliwa. Zaczęliśmy się wychładzać. Robiło się bardziej mokro. Otuchy dodawały piękne lasy, przez które przechodziliśmy. W Alness, zebraliśmy fakty czasowe, kilometrowe i pogodowe. Na ich podstawie zdecydowaliśmy, że wracamy do domu, pozostawiając za sobą niedokończony szlak.





Wtorkowy poranek wykorzystaliśmy na łatanie odcinka, który porzuciliśmy dzień wcześniej. Było szaro, zimno, nijako. Kroki stawialiśmy automatycznie i zadaniowo. Ulica, ulica, ulica i znowu ulica. Siłą woli doszliśmy do celu. Podjechaliśmy autem do Morrisona. W kawiarni wybrałam stolik numer 13 (dzień mojego urodzenia). Adam przyniósł kawę. Myśleliśmy co dalej. Wyglądaliśmy biednie. Tacy zmarnowani fizycznie i poturbowani psychicznie. Ciemna rozpacz wypływała z nas strumieniami.



Zebraliśmy się jednak w sobie i postanowiliśmy, że jedziemy do Ardersier, skąd pójdziemy do Nairn. Pierwszy odcinek był w towarzystwie wielkiej wody. Częstowałam się nią garściami i wlewałam do serca. Ożywiłam się. Myśli nabrały blasku. Niestety szybko opuściiśny błękit i szum fal. Zaczął się teren wojskowy, który musieliśmy obejść. Szliśmy w takt strzelających karabinów. Potem wędrówka niosła nas ulicami, ulicami, ulicami. Szczęśliwie niebo zaczęło pękać i pozwalając słońcu wypuszczać swoje promienie. Rozjaśniło się, Zrobiło się pogodniej, radośniej, przyjaźniej. W ciało zaczęło wstępować na nowo życie. Umysł nabrał potrzeby chcenia i tworzenia. Nie było idealnie, ale... ale konsekwentnie i wytrwale szliśmy do przodu. Ten upór miał swoją wartość.






Środa to ostatni dzień marszu podczas tego wyjazdu. To miał być piękny czas ze słońcem, z morskimi falami, plażą, szansą na spotkanie delfinów, fok i wydr. Te wszystkie szare dni miały zakończyć się błękitną, rozkołysaną kropką nad "i". Lądowe tereny mieliśmy zamienić na wodne przestrzenie po horyzont. Prawda okazała się kompletnie inna. Nasza droga kluczyła między marszami a lasami, z czego tych drugich było dużo grubych kilometrów. Błota, kałuże, nierówne ścieżki, cień i kąśliwy wiatr były naszą rzeczywistością.





Kiedy znaleźliśmy się w Forres, wszelkie napięcie związane z rozczarowaniem ustąpiło miejsca smakowi zwycięstwa. Nie poddałam się. Życie jednak zafundowało nam kolejny test na cierpliwość. Staliśmy na przystanku autobusowym. Staliśmy. Marzliśmy. Czekaliśmy. Autobusu nie było. Pojawił się pół godziny później, niż powinien. Tak nasiąknęliśmy chłodem, że trzęsło nami jeszcze kolejnego dnia.



Oczywiście z perspektywy nawet krótkiego czasu już się nie pamięta doświadczanego dyskomfortu. W głowie zachowały się tylko najpiękniejsze obrazy, zapachy i smaki. Wypracowany postęp motywuje, daje siłę, sprawia, że rośnie apetyt. A że nie zawsze było po naszemu... cóż... kto powiedział, że ma być prosto, łatwo i przyjemnie? To wszystko już BYŁO. Ciekawość karmi się tym co BĘDZIE się działo podczas kolejnej wyprawy?


Inverness - Evanton - 35.23km - 7 godzin i 11 minut - 25.01.25 Sobota

Inverness - Ardersier - 23.21km - 4 godziny i 45 minut - 26.01.25 Niedziela

Alness - Tain - 20.94km - 4 godziny i 1 minuta - 27.01.25 Poniedziałek

Alness - Evanton - 6.7km - 1 godzina i 18 minut - 28.01.25 Wtorek

Ardersier - Nairn - 14.33km - 2 godziny i 38 minut - 28.01.25 Wtorek

Nairn - Forres - 29.81km - 5 godzin i 57 minut - 29.01.25 Środa









Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page