Forres - Tain - 130.22km - 25 godzin i 50 minut; 25-29.01.25 część 1
- Karolina
- 9 lut 2025
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 13 lut 2025
Ponownie Szkocja. Tym razem okolice Inverness. Tylko tam wyśledziliśmy względne warunki pogodowe. Chociaż i tak było strasznawo, mokrawo, zimnawo i szarawo.
Ruszyliśmy w piątek. Wraz z nami Orkan Eowyn. Jego siła miała najbardziej uderzyć w zachodnie wybrzeże Wielkiej Brytanii. My kierowaliśmy się na wschodnią stronę wyspy. Myśleliśmy więc, że coś tam może i powieje, że jeden czy dwa zefirki się trafią, które dmuchną troszkę mocniej, ale generalnie nie przewidywaliśmy żadnej dramaturgii, ani mocniejszych akcentów podczas tej wyprawy. Pierwsza godzina jazdy minęła w normie. Potem zaczęło się. Mijaliśmy przewrócone ciężarówki, powalone drzewa na autostradzie, informacje o zamkniętych ulicach. Autostrada zaczęła pustoszeć. Wiatr spychał duże samochody z pasa i trzeba je było omijać szerokim łukiem. W nasze auto regularnie uderzały gałęzie i fragmenty popękanych drzew. Prędkości, jakie można było rozwinąć to 40, 50, 60 mil na godzinę. Lekko się spięliśmy. Groza sytuacji wzrastała, kiedy coraz częściej słyszeliśmy, jak karetki pogotowia i straż pożarna jeździły na sygnale. Z ulgą zjechaliśmy na Service. A tam ciemno, głucho, zimno. Tylko dwa punkty otworzone. Reszta była nieczynna. Jezioro, na które mogliśmy popatrzeć, było wzburzone jak morze. Usiedliśmy. Popijaliśmy gorącą kawę. Docierała do nas świadomość, w jakich okolicznościach się znaleźliśmy. Czekała nas długa, niepewna, pełna napięć jazda. Na autostradzie dźwięki cyklonowe brzmiały jak w filmie katastroficznym. Wiatr rozpędzał się do 70 mil na godzinę. Potoczki stały się potokami, strumyki strumieniami. Drzewa uginały się pod naporem huraganu.
Dojechaliśmy w jednym kawałku. Ochłonęliśmy. Odpoczęliśmy. Nogi zaczęły dreptać w miejscu. Za oknem wciąż wiało i padało. Ale czułam się jak wiewiórka po kawie. Byłam w nowym miejscu. Otaczały mnie nowe drogi. Nie mogłam usiedzieć w czterech ścianach. Do centrum Inverness mieliśmy jakieś dwa kilometry. Tam znajduje się początek szlaku John o’ Groats Trail, który postanowiliśmy poznać, idąc w górę Szkocji. Wybraliśmy się na rekonesans. Było ciemno, mokro i wciąż wietrznie. To jednak nie miało znaczenia. Smak przygody osładzał wszelkie niedoskonałości. Serce rosło, dusza śpiewała.
Sobotni poranek niczym nie różnił się od piątkowego wieczoru. Otworzyliśmy drzwi i zobaczyliśmy noc, deszcz, wiatr. Troszkę się skurczyliśmy w sobie, ale ruszyliśmy przed siebie. Zaczęło się. Prosta droga, zakręt, skrzyżowanie, znowu prosta. Nie uszliśmy daleko, kiedy na rogu zobaczyliśmy piekarnię. Była nawet otwarta. Popatrzyliśmy w okno wystawowe i to, co zobaczyliśmy, przerosło nasze wyobrażenie. Prawdziwa piekarnia. Taka z naszych roczników ( 70 i 78 jakby co). Chleby zwyczajne, kastkowe, w różnych wymiarach. Bułki maślane, mleczne, o różnych kształtach. Skórka lekko spieczona i chrupiąca. Do tego drożdżówki i inne ciacha, których w markecie się nie zobaczy. Wszystko takie naturalne, swojskie, nie spod liniałka. A zapach... ech... Nogi z rozczulenia się pod nami uginały... Adam wypatrzył maszynę do kawy. Szybkie spojrzenie sobie w oczy i weszliśmy do środka. Okazało się, że nawet jest kawałek blatu przy ścianie i jakieś krzesła. Mogliśmy usiąść.

Lokalsi przychodzili po codzienny świeży chleb. W tle widzieliśmy pracujących piekarzy, jak wyrabiali ciasto. Cofnęliśmy się w czasie. Adam miał autentyczne łzy wzruszenia w oczach. Moje zmysły nie mieściły emocji, które się wyrywały z dzieciństwa. Wszystko było jak u babci. To jest to... to jest ten moment, który podkreśla wartość projektu wędrówki dookoła UK.
W tym rozentuzjazmowanym nastroju ponownie weszliśmy w mokry mrok. Kilka przecznic dalej zobaczyliśmy pierwsze oznaczenia szlaku John o’ Groats Trail.

Kierowaliśmy się na most Kessock Bridge, który miał nas przeprowadzić przez zatokę Beauly. Na górze okazało się, że przejście dla pieszych po naszej stronie jest zamknięte. W oczach konsternacja. Co teraz? Cofać się i przejść dołem na drugą stronę i wejść na most od innej strony? Iść do ronda i tam przedostać się przez A9? Czy korzystając z małego ruchu przebiec przez cztery pasy na dziko? Najkrótsza wersja była ta ostatnia. Szybciutko pokonaliśmy barierki i znaleźliśmy się po drugiej stronie mostu, gdzie szczęśliwie też było przejście dla pieszych. Kontynuowaliśmy marsz. Z góry wpatrywaliśmy się w rozświetlone Inverness.

Na wysokości, na której się znaleźliśmy, mocniej wiało. Deszcz również nabrał na sile. Dodatkowo wydawało się, jakby zmieszał się z kawałkami lodu. Krople, które zacięcie uderzały nas prosto w twarz, zadawały polikom ból. Oczy zalewały się wodą. W pewnym momencie chmury totalnie rozlały się nad naszymi głowami. Patrzyliśmy na niebo, które kapryśnie przykryło się szarością, jak pierzyną po sam czubek głowy. Prognoza BBC pokazywała pełnię słońca na ekranie. Tam, gdzie my staliśmy, nie było szans na słoneczny blask. My doświadczaliśmy huraganu z domieszką potopu. Świat się pomylił i to nie na naszą korzyść.
Szliśmy dalej. Najpierw niesamowite murale. Potem farmy z kurami, kogutami, świniami, osłami i kozami. No to po Adamie. On, jak zobaczy osły, albo świnie to znika. Wpatruje się w swoich przyjaciół i go nie ma. Jest nieczynny hi hi hi!


Pogoda się zreflektowała i zaczęło się robić jasno oraz przyjemnie.

Kolejne odcinki trasy prowadziły wśród pól i drzew. W tle dostojnie i majestatycznie prezentowały się śniegowe góry. Lodowa kraina wyglądała, jakby została wyciągnięta spod podnóża Everestu. Ulice, które się trafiały, nie miały końca. Schodziliśmy z jednej i wchodziliśmy na drugą, która jak ta poprzednia prowadziła donikąd.



Po drodze mijaliśmy resztki śniegu. Kilka kilometrów dalej białe płatki zaczęły spadać z nieba. Zrobiło się świątecznie. Ten grudniowy klimat dzieliliśmy ze szkockimi krowami. Było pięknie.

Oznaczenia szlaku John o’ Groats Trail do idealnych nie należą. Są, potem znikają, potem znowu są. Nie byliśmy pewni, czy trzymać się oryginalnych drogowskazów, czy wersji, którą mieliśmy na AllTrails? Raz zaryzykowaliśmy i poszliśmy po znakach. Wyprowadziło nas to nie w takim kierunku, jak powinno. Musieliśmy się cofać, przez co dokleiliśmy kilka kilometrów do dziennego planu.

Zaczęliśmy się zbliżać do kolejnego mostu, który miał nas przeprowadzić przez kolejną wodę. Była chwila stresu, bo nie wiedzieliśmy, czy wzdłuż ulicy szybkiego ruchu A9 będzie chodnik? Niepewność trzymała nas prawie do samego końca. Był... uff... Zrobiło się głośno, samochodowo, spalinowo, ale w miarę bezpiecznie. Za mostem chodnik się urwał. Szlak jednak konsekwentnie prowadził dalej. Szliśmy po trawiastym poboczu.
Mruczałam do siebie, LICZY SIĘ DROGA A NIE CEL. NO NIE WIEM, twardo i stanowczo odpowiadało mi moje wykończone JA :-)... byłam zmęczona, bolały mnie plecy, biodra, nogi, chciało mi się siku, było mi za gorąco, głód burczał w brzuchu. Marzyłam tylko o celu, o dojściu do przystanku autobusowego, skąd autobus zabierze mnie z powrotem do Inverness. W tym momencie bym się pod tym pięknym zdaniem nie podpisała he he he!
Do domu wróciliśmy wykorzystując resztki sił. Bolało nas absolutnie wszystko. Myślałam, że to koniec możliwości mojego ciała na ten wyjazd, który dopiero się zaczął.
W niedzielę wstałam rano i niepewnie poszłam do łazienki sprawdzić, czy wciąż daję radę chodzić, czy moje plecy są w stanie udźwignąć kolejny dzień chodzenia. Nie było najgorzej. Wspomogłam się tabletkami przeciwbólowymi. Mogliśmy ruszać. Podjechaliśmy na stację benzynową. Kawunia z maszyny, ciasteczko z Greggs-a. Budziliśmy się. Początkowo kierunek był ten sam, co dnia poprzedniego, czyli most Kessock Bridge.

Tyle tylko, że tym razem szliśmy w drugą stronę od niego. Na drogach totalna szklanka. Nogi nam się rozjeżdżały na oblodzonych chodnikach. Szukaliśmy wszelkich skrawków trawy, aby nadać krokowi sensowne tempo. Szliśmy. Najpierw około 6km w towarzystwie dwupasmówki. Potem lasy, jakieś miejscowości i ponownie ulice, które dzieliliśmy z rozpędzonymi autami.


Gdzieś trafiło się stado saren, gdzieś stado szkockich krów. Morza nie było. Było za to zimno. Zbliżając się do Ardersier, mijaliśmy lotnisko. Z ciekawością obserwowaliśmy, jak mniejsze i większe samoloty startują albo lądują. To była jedna z atrakcji tego dnia.


I jeszcze stanie na przystanku autobusowym, który był ulokowany naprzeciwko dużej, głębokiej, rozkołysanej wody. Wpatrywałam się w nią. Wsłuchiwałam w jej szum. Wdychałam jej zapach. W końcu było mi dobrze. Chłód przenikał do kości, a ja uśmiechałam się do tego, co widziałam.

Do Inverness wracaliśmy wypasionym autobusem, w którym niestety też było zimno. W domu jeszcze długo dreszcze biegały nam po plecach.
Inverness - Evanton - 35.23km - 7 godzin i 11 minut - 25.01.25 Sobota
Inverness - Ardersier - 23.21km - 4 godziny i 45 minut - 26.01.25 Niedziela
Alness - Tain - 20.94km - 4 godziny i 1 minuta - 27.01.25 Poniedziałek
Alness - Evanton - 6.7km - 1 godzina i 18 minut - 28.01.25 Wtorek
Ardersier - Nairn - 14.33km - 2 godziny i 38 minut - 28.01.25 Wtorek
Nairn - Forres - 29.81km - 5 godzin i 57 minut - 29.01.25 Środa





Komentarze