Chester 100 Mile Ultra-Marathon - 156.7km
Skończyły się święta i zbliżał się sylwester. Szukałam sposobu, jak możemy pożegnać 2023 rok i przywitać 2024 w naszym stylu? Była środa, przyglądałam się prognozie pogody na weekend. Miejsca, do których mogliśmy pojechać, aby kontynuować wędrówkę dookoła Wielkiej Brytanii, były zalane deszczem. Tylko poniedziałek był światełkiem w czarnym i mokrym tunelu. Nie wyglądało to dobrze. Mieć perspektywę trzech dni wolnych i móc wykorzystać tylko jeden z nich to scenariusz, który rozczarowywał. Nie było w nim przygody, przyspieszonego bicia serca, ani adrenaliny, ani serotoniny. Widmo siedzenia w czterech ścianach i wpatrywania się, jak krople deszczu spływają po szybach okien, przerażało, podcinało skrzydła i zabijało wszelki entuzjazm. Depresyjna niemoc zwalała mnie z nóg. Świat stracił kolory i sens.
Mówiłam do siebie MYŚL. Przecież sama piszę, że MOŻNA, że WARTO, że TRZEBA iść w swoim kierunku. Projekt wędrówki dookoła Wielkiej Brytanii to duży i ambitny cel, ale kiedy dostęp do jego realizacji jest ograniczony, to na pewno istnieje wiele innych przygód, które można posmakować. Nowy rok ze swoją białą, czystą kartką jest otwarty na nowe zapiski, z nowych ścieżek, miejsc i wyzwań. Tylko, jak poszukać odmienny kierunek, świeży start, coś, co kliknie i stanie się początkiem drogi, która będzie mogła przeplatać się z celem przejścia dookoła Anglii, Walii i Szkocji?
Miało być blisko, aby nie tracić zbyt dużo czasu na dojazdy na szlak. Miało też być ciekawie, aby nogi i głowa jednogłośnie wyrywały się na trasę. Miało podkreślać osiągnięcia starego roku i miało z przytupem wejść w nowy rok, uchylając bramę do projektu ŻYCIE.
Adam siedział w burze, zupełnie nieświadomy mojego wewnętrznego dialogu, kiedy otrzymał ode mnie link do szlaku i wiadomość: POMYŚL, JAK TO ZACZĄĆ DZISIAJ I SKOŃCZYĆ W SYLWESTRA.
Odpowiedź była natychmiastowa: OK. Ultramaratonowi o długości 100 mil się nie odmawia. Czegoś takiego jeszcze nie robiliśmy. Nie podjęliśmy się wcześniej przejścia ponad 150 kilometrów w sześć dni, z czego trzy z nich mogliśmy wykorzystać dopiero po godzinach pracy.
Ja, jak to ja, najpierw coś wymyślę, a potem się zastanawiam, czy dam radę? Od dwóch tygodni bolały mnie plecy i biodra, kuło mnie w pośladku, jedno udo było napięte i atakowane przez skurcze. Wysiłek, który chciałam sobie zafundować, średnio pasował do mojej sprawności fizycznej. Ale... ale z pozycji kanapy na pewno nie dowiem się, czy mogę iść tam, gdzie chcę? Wyzwanie było nieoficjalne i w każdym momencie mogłam się wycofać. Wiadomo, że zdrowie jest najważniejsze.
Adam technicznie planował pierwszy odcinek, który mieliśmy przejść, a ja wzmacniałam mięśnie pleców, ćwicząc według wskazówek fizjoterapeuty i wsmarowywałam krem Voltarol. Mąż wrócił z pracy troszkę wcześniej i przywiózł ze sobą paczkę, którą otrzymaliśmy od Sylwii, która od niedawna z nami pracuje. Odpakowaliśmy prezent i najpierw przeszły mi dreszcze po całym ciele, a potem łzy wzruszenia napłynęły mi do oczu. Biały termos i dwa dedykowane imiennie blaszane kubeczki. Prostota i elegancja w jednym. Na obrazku nasze górki, drzewka, furtki szlakowe i drogowskaz, który w jedną stronę pokazuje ŻYCIE, a w drugą PRZYGODĘ. I jak tu nie iść przed siebie, kiedy inni swoimi gestami w tak piękny sposób motywują i inspirują? Już moje obolałe plecy nie były ważne, a wątpliwości odnośnie do codziennego bycia na szlaku rozpływały się w powietrzu. Idziemy. Pokażemy, że można sięgać daleko nawet po godzinach. Podzielimy się kolejnym pomysłem, który może być wykorzystany przez każdego.

W środę pojechaliśmy do Eccleston i przeszliśmy kółko przez Chester. Adam zobaczył szlak, drzewa, błoto i już miał serotoninkę.

Pierwsze kroki stawialiśmy tuż obok rzeki Dee i nie uszliśmy daleko, kiedy zobaczyliśmy człowieka, który niespiesznie płynął sobie pod prąd. Grudzień. Rzeka. Pływanie. Woda według pana nie była taka zimna. Miała całe 8 stopni. Przyjemnie nam się zrobiło, widząc, że są inni niestandardowi wariaci, którzy robią to, co lubią. Ten optymistyczny akcent umocnił nas, dodał energii i był świetnym drugim początkiem (pierwszy to prezent od Sylwii) dla naszego projektu. Dee, jak zawsze emanowała pogodnymi wibracjami i obudziła wspomnienia z czasu, kiedy odkrywaliśmy jej długość od źródła do ujścia.

Następnie kanał, który poprowadził nas do Chester, przypomniał nam nasze wędrówki wzdłuż Liverpool & Leeds Canal, Llangollen Canal i Lancaster Canal. Potem troszkę ulic z zachodem słońca w tle i powrót nad rzekę, gdzie po tej stronie nasza droga była albo udekorowana soczystym błotem, albo zalana wodą.
Przyszła ciemność. Organizm zaczynał odczuwać zmęczenie. Zrobiliśmy już ponad 20km i jedyne, o czym myśleliśmy, to żeby znaleźć się w samochodzie i wracać do domu. W pewnym momencie przestaliśmy zwracać uwagę na cokolwiek. Szliśmy twardo przed siebie. Pod butami albo mlaskało, albo chlupotało. Teren był stale miękki i zapadaliśmy się albo w mazi, albo w ogromniastych kałużach rozlanych wśród traw.

Droga nas sponiewierała. Stawaliśmy się słabsi i mniejsi. Nierówny i moczarowaty teren odbierał nam siłę. Krok stawał się coraz wolniejszy. Entuzjazm gasł. Została cisza przerywana dźwiękami walki o buty, które były zasysane albo zalewane. Bezpiecznie poczuliśmy się dopiero w aucie.
Tego dnia przeszliśmy 27.79km w czasie 5 godzin i 24 minut.
W czwartek po południu pojechaliśmy do Helsby. Zaparkowaliśmy na parkingu stacji kolejowej. Tego dnia planowaliśmy iść do Chester i wrócić stamtąd pociągiem do Helsby. Z samochodu wyszliśmy w momencie, kiedy było oberwanie chmury. Napotykane osoby, które akurat były na spacerach ze swoimi psami, ociekały deszczem. Podchodziliśmy pod górkę, aby dojść na szlak ultramaratonu i po jakimś czasie znaleźliśmy się wśród skał, po których musieliśmy się wspinać, aby dotrzeć na wzgórze. Wszystko było ślizgie. Wspinaczka nabierała wysokości i stromości. Czym dalej, tym podejście stawało się bardziej wymagające i skomplikowane. Moje niepewne plecy, jak i lęk wysokości wymusiły na nas zmianę trasy. Jeszcze było jasno i wypatrzenie alternatywnej drogi było możliwe, więc skorzystaliśmy z innej opcji.

Kiedy znaleźliśmy się na oryginalnym szlaku, trasa wyciągnęła najcięższe działa i pokazała nam, że jest na NIE. Błotne ścieżki, zaorane pola z kałużami, pastwiska zamienione w jeziora, ponownie błoto, na którym ślizgaliśmy się, jak na lodowisku, woda, która odcinała nas od dalszej wędrówki, zapomniane drogi, które były zarośnięte krzakami jeżyn, brak furtek i przejść, albo tylko pozostałości po ich istnieniu. Błądziliśmy, cofaliśmy się, nadrabialiśmy kilometry, staliśmy w błocie, czując, że utknęliśmy i nie mamy możliwości wydostania się z pułapki, w której się znaleźliśmy. Trasa najpierw wykończyła nas psychicznie i emocjonalnie, potem umęczyła fizycznie, i na koniec odebrała nadzieję na lepsze jutro.

Przed samym Chester, kiedy szliśmy wzdłuż kanału, nagle tak zupełnie bez ostrzeżenia na drodze pojawił się wysoki płot. Koniec. Zabrano nam drogę. Tak ostatecznie i bezwzględnie. Trasa, która od początku była na NIE zwyciężyła. Krok DALEJ nie istniał.

Cofnęliśmy się kawałek, aby odbić w ścieżkę, która była opcją dla spacerowiczów. Po kilkudziesięciu metrach zobaczyliśmy, że chodnik jest zalany.

Ostatnim rozwiązaniem był powrót do kanału, skierowanie się ku schodom, które prowadziły na ruchliwą ulicę. Był chodnik, więc komfortowo mogliśmy kontynuować nasz marsz. Na pociąg spóźniliśmy się na tyle, że zobaczyliśmy, jak odjeżdża. Przed nami była godzina czekania. Ciemno. Chłodno. Brak zadaszonej poczekalni. Tylko ławki na peronach. W tym miejscu pojawiło się pierwsze zwątpienie. Ten szlak jest nie do przejścia. Może to wcale nie jest prawdziwy ultramaraton, tylko ktoś sobie to wymyślił? Przecież wiele z tych dróg już nie istnieje. Furtki są w gąszczu kolczastych krzaków. Kładki są połamane. Znaki przewrócone. Mosty zapadnięte. Szliśmy zgodnie z rozrysowaną mapą. Wchodziliśmy na ścieżki, które w nieoczekiwanym punkcie się kończyły. Dochodziliśmy do ściany i zdezorientowani nie mieliśmy pojęcia, jak dalej iść. Tworzenie na miejscu alternatywnych przejść, zamazywało oryginalny kształt, który miał nam pokazać, z czym zmierzają się biegacze tego ultramaratonu. Pierwotna koncepcja rozsypywała się w drobny mak. Znikała podstawa wyzwania. Motyle w brzuchu przysiadły w bezruchu.
Tego dnia zrobiliśmy 27.70km w 5 godzin i 57 minut.
Piątkowy poranek nie był lekki. Wysiłek z dwóch ostatnich popołudni dawał o sobie znać. Ciało nie było chętne, aby ponownie iść i mocować się z ubłoconym terenem. Głowa była mniej zdeklarowana. Z jednej strony, maziowate i wsysające atrakcje nie kreowały konstruktywnej motywacji. Z drugiej, ciekawość tego, co jest dalej, kusiła i pchała do podniesienia rzuconej wcześniej rękawicy. Pojechaliśmy do Whitchurch. Pierwsze kilometry szłam na śpiąco. Krok był niemrawy i pozbawiony energii. Po prostu przesuwałam się do przodu. Bez entuzjazmu. Na automacie. Wędrowaliśmy wzdłuż kanału i było całkiem przyjemnie.

Teren zjadliwie nadawał się do robienia kolejnych kroków. Wyciszałam się. Dałam się otulić otoczeniu. Zaczęłam głębiej oddychać. Nasiąkać spokojem i brakiem pośpiechu. Po drodze natrafiliśmy na małą kawiarenkę Lockside Cafe, która skusiła nas na gorącą czekoladę.

I ta czekolada stała się kropką nad "i". Podana w tak wykwintnej wersji, że nie mogłam oprzeć się, aby nie zrobić jej zdjęcia. A jak jest już tak wyjątkowe zdjęcie, to musi też powstać post. A żeby powstał post, to trzeba iść.

W tej sytuacji nie ma mowy, aby odpuścić temu ultramaratonowi. Szliśmy dalej, zjadaliśmy bitą śmietaną, popijaliśmy gorącą czekoladę. Pełen relaks i zadowolenie. Aż tu nagle zobaczyliśmy jezioro na drodze. Po prawej kanał, po lewej płot i prywatny teren. Głębokość wody idealna dla kaloszy. Adam zaczął szukać w plecaku worków na śmieci, aby je założyć na buty i przejść przez wodę. Ale, jak sobie wyobraziliśmy, że ten cienki worek zostanie przedarty przez jakieś gałęzie czy konary, i ta cała woda wleje się do butów, to zrezygnowaliśmy z tego eksperymentu.

Musieliśmy się cofnąć i zmodyfikować trasę. Ulice doprowadziły nas ponownie na szlak i zaczęliśmy wspinać się na wzgórze, na którym była kapliczka. W tym punkcie się cofnęliśmy, aby jeszcze za światła pokonać wszystkie soczyste ścieżki. Do auta wracaliśmy z rozgwieżdżonym niebem nad głowami. Od czasu do czasu przystawaliśmy, aby wpatrywać się w niezliczoną ilość gwiazd. Wszechświat dał nam odczuć naszą maleńkość. Równolegle przypomniał neutralność życia i fakt, że to człowiek nadaje znaczenie i emocje wszystkiemu, co jest wokół.

Tego dnia dołożyliśmy 17.27km zrobione w 3 godziny i 54 minuty.
Sobotnia, wczesna kawa minęła na rozważaniach jechać, czy nie jechać? Moje ciało ponownie było na NIE, ale głowa również nie zmieniła swojej postawy i kusiło ją, aby zobaczyć, co będzie za kolejnym zakrętem. No i kwestia celu w formie wydeptania 157km. Przetrwałam już trzy dni. Przeszłam 72.76km. Pozostały kolejne trzy. Jak poddać się w połowie drogi? Adam nic nie mówił, niby milczał, ale widziałam, jak jego nogi rwały się, aby iść przed siebie. On już oczami wyobraźni widział, jak popija kawę na serwisie, a potem zdobywa kolejne kilometry ultramaratonu. Jak mu odebrać te chwile przyjemności? Nie było innej wersji, niż ruszyć w drogę. Zrobiliśmy to z opóźnieniem, bo obowiązki wzywały, a przy okazji przeczekaliśmy mocniejsze opady. Tak jak wcześniejsze dni były mieszanką deszczu i przejaśnień z dodatkiem silniejszych wiatrów, tak sobota była cała mokra. Tego dnia trzeba było zaprzyjaźnić się z deszczem i zaufać ciuchom przeciwdeszczowym. Jadąc autem, patrzyłam na listonoszy, którzy pomimo mokrej pogody roznosili listy i paczki, na właścicieli psów, którzy cierpliwie mokli na spacerach ze swoimi pupilami, na biegaczy, którzy kontynuowali swój trening pomimo deszczu. Okazuje się, że mokre krople wcale nie muszą być przeszkodą, aby kontynuować określone cele i zadania.
Nasz popołudniowy deszcz delikatnie leciał z nieba i nie wciskał się zbytnio w naszą przestrzeń. Byłam już mocno zmęczona. Organizm chciał spać. Wizja spaceru w towarzystwie mżawki i wykręcania nóg na zalanych polach wnosiła więcej niechęci niż radości. Do końca nie wiedziałam, która decyzja jest właściwa? Jechać źle. Nie jechać, nie dobrze.
Trasa okazała się nie być taka zła. Ponownie zaparkowaliśmy w Helsby. Adam zaplanował kółko, czyli droga zaczynała i kończyła się w tym samym miejscu. Chodziliśmy po znanych nam drogach z Sandstone Trail i dużo sentymentalnych uczuć się przebudziło podczas wędrówki. Parkowe drogi na terenie Frodsham nie męczyły i nie wymagały skoków, przeskoków ani akrobacji. Było troszkę łagodnych podejść i ze spokojem szło się to w górę, to w dół. Wypoczęłam psychicznie na tym szlaku. Przerwa w dostawie niekończącego się błota i kałuż wyciszała nadszarpnięte nerwy. Znane i przyjazne tereny dały poczucie bezpieczeństwa. Lubię te zalesione miejsca, bywanie wśród drzew, słuchanie ptaków.

W domu moje plecy nie wróżyły sukcesu wędrówce, ale już na szlaku pozwoliły mi na w miarę swobodne poruszanie się, i nawet ból zbyt mocno nie doskwierał. Szłam przed siebie i zastanawiałam się, po co ja to robię? Dlaczego nie chcę odpuścić? Czy to zwykły upór? Czy w tej woli walki jest coś głębszego? Od kilku dni upadam i po chwili wstaję. Po co? Na co? Odpowiedzi nie znalazłam.
Przeszliśmy 14.58km w 3 godziny i 11 minut.
W domu zaczęliśmy liczyć, ile kilometrów musimy przejść w niedzielę i poniedziałek, aby uzbierać 156.7km? Wyszło nam, że dwa kolejne dni to przymusowo odcinki o długości przynajmniej 35km. Hm... i znowu przyszło zwątpienie i pytanie, czy uda się osiągnąć cel? Wieczorem jeszcze seria ćwiczeń na bolące plecy i maść rozgrzewająca, która łagodzi ból.
Niedziela. Sylwester. Pobudka o 6 00 rano. Noc nie przyniosła regeneracji. Budziłam się często i sprawdzałam godzinę na telefonie. Niepokój związany z tym, jak połączę ból, który ograniczał moją ruchliwość z potrzebą przejścia ponad 30km, nie pozwalał na spokojny sen. Pakowanie. Ćwiczenia. Maść Voltarol. Jedziemy. Ciemno. Obowiązkowy serwis i próba ocknięcia się przy kawie. Kiedy dojechaliśmy do Aldford, powoli świtało. Minęliśmy cmentarz, kościół i wyszliśmy na pole. Błoto, kałuże, kałuże, błoto. Deszczu tylko dopadało, więc tym razem nawet furtka, przez którą przechodziliśmy kilka dni wcześniej, była zalana. Jakoś bokami udało nam się dojść na drogę.

Skierowaliśmy się ku rzece, wzdłuż której prowadził ultramaraton. Daleko nie uszliśmy. Rzeka totalnie wylała. O ścieżce mogliśmy zapomnieć. No to wracamy. I znowu zalana furtka, i znowu soczyste pole. Początek nie zachęcał do dalszego maszerowania. Trasę na pewno trzeba było zweryfikować z rzeczywistością. Rzece tego dnia nie mogliśmy ufać.

Pozostały nam ulice, które równolegle szły do oryginalnego szlaku. Tak przetrwaliśmy przez kolejne kilometry, zanim ponownie doszliśmy do pół i pastwisk. Kto nas widział, ten ostrzegał, że tereny są zalane. Przedzieraliśmy się przez podmokły grunt. Skakaliśmy przez furtki. To znaczy, Adam sprawnie przedostawał się z miejsca na miejsce. Ja, jak pani na szpileczkach, delikatnie stawiałam nogi na deseczkach, i jeszcze delikatniej kładłam stopę na ziemi. Wszystko po to, aby nie podrażnić nerwu, który potrafił odwdzięczyć się dotkliwie i zapamiętale.

Doszliśmy do kolejnej ulicy. Ale nie takiej wiejskiej, sielskiej, anielskiej, tylko takiej przelotowej z pędzącymi samochodami. Powstało pytanie, czy wracamy po błocie i wodzie, czy zaciskamy zęby i idziemy po cienkim pasku trawy, który ciągnął się wzdłuż tej ruchliwej ulicy? Żadna z opcji nie była przyjemna. Ja wolałam się pomęczyć na polach i mieć spokój. Adam wybrał samochodowe zło i pociągnął mnie za sobą. Ani kierowcy, ani my nie byliśmy zadowoleni. Ale pokonaliśmy ten kawałek i dalej były drogi, które relaksowały. Mogliśmy zwolnić, wyluzować, cieszyć się spacerem i otoczeniem. Zrobiło się pusto. Można było pomedytować idąc. I tak zasłuchana w ciszy i oddana nicości, delektowałam się tym, gdzie jestem i tym, co robię. To bycie nigdzie i stawianie kroku do przodu było moje. Tak smakuje życie i wolność w moim wydaniu. Do samochodu doszliśmy całkiem wcześnie.
34.53km zrobiliśmy w 6 godzin i 35 minut.
Sylwester potraktowaliśmy po macoszemu, bo w poniedziałek czekała nas poranna pobudka i przejście ostatnich dziesięciu kilometrów.
I przyszedł poniedziałek. Nowy rok i ostatni dzień naszego ultramaratonu. Kawa tym razem w aucie. Prezent od Sylwii idealnie wpasował się w potrzeby. Siedzieliśmy w samochodzie na skraju lasu Delamere i popijaliśmy kawunię z bialutkich, metalowych kubeczków. Tego dnia było już radośnie. Czułam koniec i sukces. Zadowolenie, że się nie poddałam, nie wycofałam, dodawało mi siły. Plecy nawet jakoś mniej bolały. Maść robiła swoją robotę. Kiedy wyszliśmy na szlak, księżyc był jeszcze całkiem wysoko.

Dopiero po kilku kilometrach byliśmy świadkami wschodu słońca.

Leśny klimat, rozśpiewane i roztańczone ptaki, nadawały spacerowi lekki rytm. Unosiłam się prawie nad ziemią, jakby ktoś doczepił mi skrzydła. Energia mnie rozpierała. Uczucie wolności płynęło w moich żyłach wraz z krwią. Wszystko mi się podobało. Nie było rzeczy niemożliwych. Smak nadchodzącego zwycięstwa przyjemnie karmił zmysły. Czułam, jak rosnę. Czułam, jak mogę. Czułam, własną moc.

Ale nie mogło być cały czas dobrze. I w ten ostatni dzień musieliśmy taplać się w błocie i kałużach. Koło dwudziestego kilometra, nie byłam zmęczona fizycznie, ale totalnie siadałam psychicznie. Ile można się karmić tym błotem. Już, jak się budzę, otwieram oczy, a potem jeszcze na chwile je zamykam, to pod powiekami widzę zaorane pola z bezkresnymi jeziorami. Miałam błotną traumę. Bałam się wchodzić na pola, bo z nich ciężko było znaleźć wyjście.

Musieliśmy dojść do Tarpoley. Droga do tego miasteczka była świetnym sprawdzianem na cierpliwość i odporność mentalną. Każdy kolejny kilometr był cięższy, trudniejszy, bardziej upierdzielony. Granica między wytrwać, a zwariować była cienka. Kiedy doszliśmy do ulicy, to prawie ją ucałowałam. Była idealna. Miała chodnik. Buty miały twardą powierzchnię. Szło się wygodnie. Już nawet ciężkie i szybkie samochody tak nie przeszkadzały. Gdy dotarliśmy do celu, kupiliśmy w co-op latte z maszyny i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Zaczęłam odpoczywać. Wiedziałam, że to, co najgorsze mamy za sobą. Kolejnych kilkanaście kilometrów mieliśmy przejść niespiesznie mało ruchliwymi ulicami. Mogłam iść. Mogłam cieszyć się kilometrami. Mogłam rozluźnić napięcie. Mogłam po prostu być.
Noworoczny marsz to 35.56km w 7 godzin i 20 minut.
Zrobiliśmy to. Przeszliśmy sumarycznie 157.43km w 6 dni, w wersji po godzinach, bo praca, bo dom. Zrobiliśmy więcej, niż planowaliśmy. Do szlaku już nie wracamy. Nie wszystko poszło po oryginale, ale szlak stał się dla nas inspiracją i bazą do przejścia ultramaratonu 100 mil. Czy jest to oficjalny ultramaraton, tego nadal nie wiem. Kalkulator pokazuje, że 100 mil = 160.9344 km. Czyli, w sumie, może faktycznie ta trasa jest tylko przez kogoś wymyślona. Ale to już jest nieważne.
Co mi to wszystko dało? Pytanie zostało ze mną jeszcze przez kilka kolejnych dni. Trasa nie była sympatyczna. Zaprzyjaźnić się musiałam z deszczem, wiatrem, nocą. Przekroczyć musiałam granicę bólu, ryzykując pogorszenie zdrowia. Przestrzeń nie zachwycała. Każdego dnia pojawiało się zwątpienie. Nie było argumentów, aby podtrzymywać upór i motywację. Dlaczego więc szłam? Odpowiedź przyszła z opóźnieniem, podczas kolejnego projektu. Podpowiedział mi ją Adam. Kiedy zalewałam go dziesiątkami moich DLACZEGO, on powiedział BO CHCESZ WIĘCEJ.
Chyba trafił w sedno. Jeszcze nie potrafię nazwać tego WIĘCEJ, ale wiem, że to moje ultramaratonowe zwycięstwo nad samą sobą stało się furtką do odważniejszych myśli, marzeń i pragnień, do zmian ze świata snów, do wyzwań, które swój życzeniowy kształt, mają zmienić na cele realne do osiągnięcia.
Po spotkaniu z zaprzyjaźnionym fizjoterapeutą dowiedziałam się, że mięsień gruszkowaty jest odpowiedzialny za mój ból. Ta imitacja rwy kulszowej utrudnia codzienność, ale masaże i ćwiczenia pozwalają mi na kontynuowanie wędrówki. Daleko mi do idealnej formy i wciąż dyskomfort towarzyszy mi w każdej minucie, ale chodzę, idę, bywam na szlakach. Mogę kontynuować moją pasję poznawania i odkrywania nowych miejsc, co szczerze doceniam, za co jestem bardzo wdzięczna.
Oryginalny tytuł szlaku:
Chester Ultra 100 Mile Ultra-Marathon - 156.7km - near Chester, Cheshire - AllTrails
Nasze dystanse:
27.12.23 - 27.79km - 5 godzin i 24 minuty - Środa Eccleston - Chester - kółko
28.12.23 - 27.70km - 5 godzin i 57 minut - Czwartek Helsby - Chester - pociąg
29.12.23 - 17.27km - 3 godziny i 54 minuty - Piątek - Whitchurch do kościółka (go/back)
30.12.23 - 14.58km - 3 godziny i 11 minut - Sobota - Helsby do Helsby - kółko
31.12.23 - 34.53km - 6 godzin i 35 minut - Niedziela - Aldford (go/back)
01.01.24 - 35.56km - 7 godzin i 20 minut - Poniedziałek - Delamere (go/back)



Przyznam szczerze - nie jestem chyba zdolna do takich wyzwan. Wiele razy przekraczałam swoje bariery na szlaku, ale nie az tak, choc wiem jak to jest, kiedy wedrowka wygrywa z możliwością pogorszenia urazu :)
Podziwiam Was szczerze, razem na pewno zawsze latwiej. No i determinacja, ktora sie wykazaliscie pomimo trudnosci bardzo jasno wskazuje na to, ze idziecie po cel. Dzis jest nim ukonczenie szlaku, jutro bedzie nim cel życiowy. I takie doswiadczenie daje sile do siegania po to WIECEJ ❤️🍀🙏💪